Gdy minięto trzecią galerię na lewo, po przebyciu trzydziestej drugiej drabiny, Katarzyna czuła, że drętwieją jej nogi i ręce. Przedtem już miała wrażenie, jakby łaziły po niej mrówki. Teraz nie czuła już pod nogami ani rękami okutych żelazem szczebli. Mięśnie poczęły ją boleć, był to jakby ciągle wzrastający żar. Na pół przytomna rozmyślała nad historiami z dawnych czasów, które opowiadał dziadek Bonnemort. Dawniej, gdy jeszcze nie używano w kopalni wind, małe, dziesięcioletnie dziewczęta wynosiły węgiel na wierzch w koszykach na plecach. Toteż gdy się która pośliznęła albo upuściła kawałek węgla, spadało zaraz kilka w przepaść. Walka z własnymi członkami stała się coraz trudniejsza. Była pewna, że nie zdoła nigdy dojść do szczytu.
Pochód znowu się zatrzymał i to pozwoliło jej odetchnąć. Ale równocześnie oszołomiły ją do reszty błędnie wieści podawane z ust do ust. Wszystkich zresztą ogarnęło znużenie i każdy z górników miał już teraz zawrót głowy. Oddechy gorące dławiły ją, macała w ciemnościach i co chwila uderzała się o skalne występy komina. Spotniała i zgrzana, drżała jednak z zimna, gdyż sączące się ze skał krople przemoczyły ją na wskroś. Zbliżano się do poziomu źródeł zaskórnych, a rzęsisty deszcz ledwo nie pogasił lamp.
Dwa razy odezwał się do niej Chaval, ale nie otrzymał odpowiedzi.
— Cóż znowu wyrabiasz — krzyknął — czyś upuściła w głąb szachtu język?
Podróż trwała już od pół godziny, a idący na przedzie minęli ledwo pięćdziesiątą dziewiątą drabinę. Jeszcze zostawało przeto czterdzieści trzy. Katarzyna zdołała wreszcie wybąknąć, że idzie. Nie śmiała wyznać, że jest wyczerpana. Nazwałby ją znowu leniuchem. Szczeble musiały jej poranić nogi, gdyż miała wrażenie, że ktoś je piłą ponacinał. I z rękami nie było lepiej, zdrętwiały, zakrwawiły się, ciągle jej się zdawało, że upuści drąg drabiny i spadnie w tył. Palce wprost nie chciały się zginać, a pionowo niemal ustawione drabiny zmuszały do przyciskania się całym ciałem do szczebli i wciągania się na rękach w górę. Ciężkie oddechy robiły teraz więcej hałasu jak stuk nóg o drzewo. Charczenie straszliwe grzmiało donośnie w wąskim i głos potęgującym jak tuba kominie. Rozległ się wrzask bólu i z ust do ust poszła wieść, że pomocnik jeden wybił sobie dziurę w głowie, uderzywszy o ostrą skałę.
Katarzyna wspinała się dalej. Wydostano się ponad poziom wody, deszcz ustał, ale powietrze napełnił piwniczny zaduch starego żelaziwa i gnijącego drzewa. Mechanicznie liczyła drabiny: osiemdziesiąt jeden, osiemdziesiąt dwa... osiemdziesiąt trzy... jeszcze dziewiętnaście. To liczenie utrzymywało ją tylko jeszcze w przytomności i automatycznym ruchu. Szła jak we śnie. Gdy podniosła głowę, lampy tańczyły jej w oczach. Zdawało jej się, że musi umrzeć. Jeszcze chwila, a spadnie. Całą kolumnę ogarnęła teraz gorączka... pchano się gwałtownie, by raz skończyć z tą piekielną wędrówką i znużeniem, by raz wydobyć się na słońce. Idący na czele wyszli już zapewne. Więc drabin nie zniszczono. Ale opętała teraz górników myśl, że może jeszcze zniszczą je napastnicy, by powstrzymać idących na ostatku. I gdy zatrzymano się na nowo, rozległy się klątwy, a silniejsi poczęli spychać słabszych i deptać po nich. Zakotłowało, ktoś trącił Katarzynę, a dziewczyna puściła drabinę, krzyknęła na Chavala i spadła. Chaval nie słyszał, sam walczył z innym, kopał go i spychał, by wyjść prędzej. Stoczyła się na dół, deptano po niej, a jej śniło się, że jest małą dziewczynką z owych dawnych czasów, że kawałek węgla strącił ją w przepaść, że spada jak wróbel trafiony kamieniem. Wędrówka trwała już godzinę, a jeszcze należało przebyć pięć drabin. Jak je przebyła dziewczyna, nie wiedziała. Pewnie zatrzymała się na stopniu, a ramiona idących wydźwignęły ją do góry... dość, że znalazła się nagle w pełnym oślepiającym świetle słonecznym pośród tłumu urągającego i wytrząsającego pięściami.
III
Od wczesnego ranka wrzało we wszystkich koloniach robotniczych. Drogi pełne też były wzburzonych ludzi. Ale z postanowioną wycieczką do Jean-Barta nie śpieszono się, gdyż rozeszła się wieść, że żandarmi i dragoni patrolowali po całej równi. Opowiadano, że przyszli z Douai skutkiem zdrady Rasseneura, który ostrzegł pana Hennebeau. Jedna przesuwaczka przysięgała nawet, że widziała służącego dyrektora niosącego depeszę do biura telegraficznego. Górnicy ściskali pięści i wypatrywali poprzez listwy okiennic żołnierzy na horyzoncie.
Ale około wpół do ósmej zjawiła się wieść inna, która uspokoiła zniecierpliwionych. Alarm był fałszywy, dragoni odbyli jedynie jedną z owych demonstracyjnych przejażdżek, jakie prefekt z Lille nakazał od czasu wybuchu strajku. Górnicy nienawidzili tego urzędnika i zarzucali mu, iż ich oszukał, obiecując interwencję, a teraz nie robi nic, prócz straszenia ich odbywanymi co jakiś czas defiladami wojsk po ulicach Montsou. Gdy dragoni, narobiwszy hałasu końskimi kopytami po bruku, skierowali się najspokojniej do Marchiennes, chórem drwić poczęto sobie z prefekta, któremu nie śni się zapewne, by coś się stać mogło i to bezpośrednio przed awanturą. Aż do dziewiątej stojąc przed domami gapili się najspokojniej na przejeżdżających. Mieszczuchy spali jeszcze, sprzed budynku dyrekcyjnego odjechała kareta. Widocznie odjechała pani Hennebeau, zostawiając męża przy pracy, bo dom był milczący, zamknięty, jakby wymarły. Żadna z kopalń nie była strzeżona wojskiem i tu znowu okazano brak ostrożności, przewidywania, co najczęściej powoduje wszystkie katastrofy. Biła dziewiąta, gdy górnicy wreszcie poczęli ukazywać się na drodze do Vandame.
Stefan spostrzegł zaraz, że nie zbierze się trzy tysiące górników, jak początkowo mniemał. Wielu sądziło, że manifestację odłożono, a gorsze jeszcze było to, że już poszły dwie czy trzy grupy i mogły wszystko popsuć, gdyby nie zdążył stanąć na ich czele. Około stu wyruszyło przed świtem i czekało na resztę w lesie. Stefan poszedł spytać jeszcze Souvarina o radę. Maszynista, jak zawsze, wzruszył ramionami i odparł: