— Głupstwo! Dziesięciu zdecydowanych zrobiłoby więcej jak ta cała banda.

Nie chciał radzić, zanurzył się w leżącej przed nim książce i ani słyszeć nie chciał o tym, by miał współdziałać. Cała rzecz, zdaniem jego, wyrodzić się musi w ckliwe protestowanie, apelowanie do uczuć etc. Jedyną rzeczą mądrą byłoby podpalenie Montsou. Stefan, wychodząc od Souvarina, ujrzał Rasseneura pobladłego, siedzącego przy kominie. Stała nad nim jego żona w swej wieczyście czarnej sukni i kłuła go uroczystymi, grzecznymi słowami.

Maheu twierdził, że trzeba dotrzymać słowa. Uchwała jest rzeczą świętą. Chociaż wszyscy ochłodli przez noc, stary górnik bał się, by nie przyszło do nieszczęścia, i oświadczył, że jest ich obu obowiązkiem stawić się, by powstrzymać innych od wybryków. Maheude potakiwała głową. Stefan w końcu dla uspokojenia siebie i Maheuów dodał, że należy działać rewolucyjnie, nie narażając jednak życia ludzkiego. Nie chciał przyjąć porcji chleba, jaką dlań przysposobiono, natomiast wypił jeden po drugim trzy kieliszki jałowcówki, by się zabezpieczyć przed zimnem. Wziął też trochę wódki do manierki. Alzira miała zostać przy dzieciach. Dziadek Bonnemort, któremu pogorszyło się skutkiem wysiłków dnia poprzedniego, leżał w łóżku.

Dla ostrożności wymykali się z domu pojedynczo. Jeanlin znikł od dawna. Maheu z żoną poszli niby to ku Montsou, a Stefan wprost przez pola do lasu, by się połączyć z oczekującymi. Po drodze spotkał gromadę kobiet. Wśród nich była Brûlé i Levaque. Jadły przyniesione im przez Mouquette kasztany wraz z łupinami, by lepiej wypełnić żołądki. Stefan nie znalazł w lesie nikogo, górnicy ruszyli już do Jean-Bart. Zwrócił się więc szybko w tamtą stronę i zdążył tam właśnie w chwili, gdy kobiety i owa setka z lasu wkraczali w podwórze kopalni. Zewsząd płynęli tu górnicy bezładnie, bez przywódców, bez broni, jak woda zalewająca tamy. Stefan zobaczył Jeanlina, który wydrapał się na wysoko zawieszony pomost i usadowił się tam jak na trybunie cyrkowej. Przyśpieszył kroku i jeden z pierwszych stanął na miejscu. Cały tłum liczył około trzysta głów.

Pewne wahanie ogarnęło wszystkich, gdy Deneulin ukazał się na schodach prowadzących do kasy.

— Czego chcecie? — krzyknął silnym głosem.

Gdy znikła mu z oczu kareta, pędzony niewytłumaczonym niepokojem wrócił do kopalni. Ale wszystko było w porządku, robotnicy zjechali, eksploatacja odbywała się normalnie. Uspokoił się więc i właśnie rozmawiał z dozorcą, gdy dano mu znać o zbliżaniu się strajkujących. Wyjrzał oknem sortowni i na widok fali ludzkiej, rozlewającej się po równi, poczuł swą niemoc. Jakże bronić tych zewsząd otwartych i łatwo dostępnych zabudowań fabrycznych. Zresztą zdołałby skupić koło siebie najwyżej dwudziestu ludzi zaufanych. Poznał, że jest zgubiony.

— Czego chcecie? — powtórzył blady z gniewu, ale zdecydowany odważnie stawić czoło klęsce.

W tłumie ruch się począł i pomruk rozległ. Wreszcie przecisnął się naprzód Stefan i rzekł:

— Proszę pana, nie przychodzimy robić panu krzywdy, ale konieczne jest, by praca stanęła.