Deneulin od razu zaczął go traktować jak wariata.
— Czyż myślicie, że nie robicie mi krzywdy, przerywając pracę. Zupełnie, jakbyście mnie zabili skrytobójczo. To na jedno wychodzi. Ale nie, ludzie moi zjechali i pracować będą. Chcąc temu przeszkodzić, musicie mnie naprzód zabić.
Na te ostre słowa powstał w tłumie wrzask. Maheu musiał trzymać Levaque’a, który chciał się rzucić z pięściami na Deneulina, którego Stefan jeszcze usiłował przekonać o słuszności postępowania metodą rewolucyjną. Ale Deneulin odpowiedział, że każdy ma prawo do pracy. Zresztą nie chce wdawać się w dyskusję tych wszystkich teorii i chce być u siebie panem. Żal mu tylko, że nie ma pod ręką czterech żandarmów, by hołotę wypędzić z kopalni.
— Tak, sam jestem winien! — dodał. — Na drabów jak wy najlepsza jeszcze kula. Rząd myli się, sądząc, że was ułagodzi koncesjami. Gdy wam tylko da broń w rękę, obalicie go, kanalie przeklęte!
Stefan trząsł się z gniewu, ale opanował się. Półgłosem rzekł Deneulinowi:
— Proszę pana usilnie, byś dał rozkaz wyjeżdżania. Nie mogę inaczej zaręczyć, że zdołam utrzymać w karbach moich towarzyszy. W ręku pańskim leży bezpieczeństwo kopalni.
— Nie! Wynoście się do stu diabłów! Któż wy to jesteście? Nie jesteście moimi robotnikami, nie macie prawa stawiać żądań. Rozbójnicy tylko biegają w taki sposób po drogach! Rabusie!
Zgiełk zgłuszył ostatnie jego słowa. Kobiety miotały straszne obelgi.
Trzymał się ostro i przyjemność mu nawet sprawiało, że może bez ogródek wyrażać tłumowi całą swą pogardę. Ruina nadeszła, po cóż miał się więc krępować. Strajkujących napływało coraz to więcej. Już około pięciuset parło na schody i bramę do kopalni wiodącą i Deneulin narażał się teraz osobiście na zemstę rozgoryczonych! Nadbiegł dozorca i począł go odciągać.
— Na miłość boską! Panie dyrektorze! Niechybnie krew popłynie! I na cóż wywoływać mordy? Czyż to co pomoże?