— Nędznicy!
— Śmierć im!
Pierwsi górnicy stanęli w drzwiach, olśnieni światłem dziennym, odurzeni zgiełkiem. Stali ze spuszczonymi oczyma przez chwilę, potem poczęli przedzierać się pojedynczo przez tłum, próbowali uciekać.
— Precz z tchórzami!
— Precz z obłudnikami!
Tłum strajkujących obiegł drzwi. W niespełna trzy minuty opróżniły się budynki kopalni. Pięciuset górników utworzyło szpaler, przez który przesuwał się długi korowód łamistrajków. Okrzykami pogardy witano każdego ukazującego się w otworze drzwi, okrytego pyłem węglowym i potem, z ubraniem w nieładzie skutkiem walki o pierwszeństwo wydostania się na wierzch.
— O patrzcie — wołano — na tego! Ma trzy cale nóg, a potem zaraz tyłek.
— A ten! Nos mu odpadł skutkiem sprawek miłosnych w Wulkanie.
— A ta pokraka! Z oczu mu kapie woskowina, z której by można narobić świec do dziesięciu kościołów!
— A ten, a ten długi bez łydek! Patrzcie! Dłuższy jak Wielki Post!