Głośny śmiech obudziło ukazanie się jednej przesuwaczki. Gruba była niezmiernie, piersi jej wisiały na brzuchu, który wraz z pośladkami tworzył coś w rodzaju beczki. Chciano ją macać, żarty stawały się coraz to ordynarniejsze, pięści migały w powietrzu, a biedacy szli ciągle, czekając ciosów, szczęśliwi, gdy wreszcie minęli szpaler i mogli umknąć co tchu.
— A iluż ich tam? — spytał Stefan.
Dziwił się nieprzerwanemu korowodowi i gniew w nim wzbierał na widok tłumu łamistrajków. Myślał, że zjechało kilku górników zmożonych głodem, zastraszonych przez dozorców. A więc okłamano go tam w lesie. Prawie cały personel Jean-Barta stanął do pracy. Nagle wydarł mu się z piersi okrzyk. Na progu ujrzał Chavala.
— Na rany boskie! Więc na takie spotkanie nas zaprosiłeś?
Powstał zgiełk straszny, wszyscy rzucili się na zdrajcę. Co za łajdak! Wczoraj przysięgał, obiecywał odwieść innych od pracy, a zaraz po przysiędze zdradził. To niepojęte!
— Bierzcie go! Wrzucić do szachtu! Niech zdycha!
Chaval ze strachu blady jak trup bąkał coś, chciał się tłumaczyć. Ale trzęsący się ze złości Stefan nie dopuścił go do słowa.
— Chciałeś być na dole, będziesz na dole... Dalej, naprzód, psie nikczemny!
Słowa jego zgłuszył nowy wrzask. Na progu stanęła Katarzyna. Olśniona światłem, przerażona zgiełkiem, trzymała się ledwie na nogach po przebyciu stu dwu drabin, a z rąk jej ciekła krew. Jęknęła, widząc matkę rzucającą się na nią z pięściami.
— I ty, nędznico! Gdy matka twoja przymiera głodem, zdradzasz ją wraz z tym twoim wisielcem?