Ale wśród tłumu powstało teraz szamotanie. Chaval podobno chciał skorzystać ze zwrotu i uciec. Stefan trzymał go za ramię i groził połamaniem kości, gdyby raz jeszcze spróbował zdrady. Chaval bronił się, protestował rozwścieklony.

— Daj mi spokój! Każdy człowiek jest wolny! Drżę z zimna od godziny. Muszę się umyć. Puść mnie.

Dokuczała mu istotnie skorupa pyłu węglowego i potu, która utworzyła mu się na skórze, a kaftan nie chronił go od zimna.

— Naprzód, marsz, albo... obmyjemy cię sami! — wołał Stefan. — Nic sobie nie robimy z krwi takiego nędznika.

Porwano ze sobą Chavala. Stefan zwrócił się do Katarzyny, biegnącej ciągle za nimi. Złościł go widok biedaczki drżącej z zimna, okrytej pyłem węglowym, okrytej ledwo kaftanem i powalanymi spodniami. Musiała być śmiertelnie znużona, a ustąpić nie chciała.

— Odczep się! Idź do domu! — rzekł do niej.

Zdawało się, że nie słyszy. Oczy tylko utkwiła w nim na chwilę, jakby mu czyniła wymówkę, i biegła dalej. Czemuż żąda, by opuściła kochanka? To prawda, Chaval bywał czasem niedobry, bił ją. Ale był jej kochankiem, posiadał ją pierwszy i oburzało ją, że było ich tysiąc przeciw jednemu. Chciała go bronić, powodowana ambicją, a nie miłością.

— Idź! — krzyknął Maheu.

Na rozkaz ojca zatrzymała się na chwilę. Zadrżała, a oczy jej napełniły się łzami. Ale zaraz poczęła biec dalej mimo obawy. Nie zwracano już na nią uwagi.

Tłum minął drogę wiodącą do Joiselle, pędził czas jakiś drogą do Cron, potem skręcił ku Cougny. Na horyzoncie zarysowały się kominy fabryczne, szopy drewniane, cegielnie. Przy drodze stały niskie domki położonych tu dwu kolonii robotniczych, oznaczonych liczbami 180 i 76. Na dźwięk rogu Jeanlina wychodzili z domów robotnicy, dzieci, kobiety i łączyli się wszyscy z tłumem, który w chwili przybycia do Madeleine liczył przeszło tysiąc pięćset głów. Droga wiła się lekkim spadkiem na dół. Musiano obejść wielkie zsypiska węgla, nim dotarto do kopalni.