Stary milczał chwilę. Ale nieznajomość zasad zmowy była snadź u niego wielka, bo odparł:
— Może i macie słuszność, nie przeczę. Ale ja muszę spełnić swój obowiązek. Jestem tu sam, ludzie będą pracować do trzeciej i przed trzecią nie wyjedzie ani jeden.
Ostatnie słowa utonęły we wrzasku strajkujących. Grożono pięściami, kobiety przyskakiwały do starego, tak że czuł ich gorący oddech na twarzy. Mimo to nie ustąpił, podniósł głowę pokrytą białym włosem i z piersi wezbranej męstwem krzyknął:
— Przysięgam, że nie przestąpi żaden z was progu kopalni! Przysięgam na to słońce, co świeci, że prędzej zginę, niźli wam dam tknąć lin. Usuńcie się albo w waszych oczach skoczę do szachtu.
Dreszcz przebiegł tłum. Wszyscy cofnęli się, a stary mówił:
— Któż jest tak głupi, by tego nie zrozumiał?... Ja jestem jak wy robotnikiem. Kazano mi pilnować, więc pilnuję i basta!
Dziwna logika podziałała. Trudno zresztą było coś wskórać z ojcem Quandieu, którego inteligencja nie mogła wznieść się ponad ślepe wojskowe pojmowanie obowiązku. W ciasnej czaszce starca, w jego czarnych oczach osmutniałych i zmąconych od długiej pracy w kopalni nie było miejsca na co innego. Górnicy patrzyli na starca. Wyczuli w tonie jego głosu jakby pogłos czegoś im znanego, zrozumieli owo ślepe posłuszeństwo, ową moc i poświęcenie w chwili niebezpieczeństwa. Myślał, że wahają się jeszcze, więc powtórzył:
— W oczach waszych skoczę do szachtu!
Tłum cofnął się. Każdy odwrócił się na pięcie i począł się znowu galop polami na przełaj. Z tysiąca piersi rozległ się krzyk:
— Do Madeleine! Do Crèvecoeur! Nie ma już pracy! Chleba! Chleba!