Ruchem ręki skierował tłum na drogę w lewo, a Jeanlin pobiegł naprzód, dmąc w róg co siły. Tłum zakotłował na miejscu, wreszcie usłuchał Stefana, Gaston-Marie na razie ocalała.

Cztery kilometry do Mirou przebyto w niespełna pół godziny. Drogę brzeżył wąski pas kanału pokrytego lodem. Monotonny krajobraz ożywiały jedynie rzadko stojące bezlistne drzewa, które mróz zmienił w wielkie kandelabry. Zresztą aż po kraj horyzontu nic, tylko biała równia, gdyż nawet Marchiennes i Montsou zasłaniały niskie, ledwo odznaczające się płaskowzgórza.

Przybyli do kopalni i ujrzeli na pomoście wiodącym do sortowni stojącego dozorcę. Wszyscy znali ojca Quandieu, najstarszego wiekiem dozorcę w całym zagłębiu. Miał białe włosy, białą skórę na twarzy i co dziwniejsze, mimo siedemdziesiątki i kilkudziesięciu lat pracy w kopalni, cieszył się wyśmienitym zdrowiem.

— Czegóż to, gałgany, chcecie... ha? — zawołał.

Wstrzymali się. To już nie był szef. Był to robotnik, osiwiały w pracy i wzbudzający szacunek.

— Ludzie są na dole! — rzekł Stefan. — Każ im wyjechać.

— To prawda, jest ich tam trochę — odparł ojciec Quandieu — nie dużo, najwięcej ze sześć tuzinów. Reszta boi się was, gałgany! Ale mówię wam, że nie pozwolę im wyjechać. Ani jeden nie wyjedzie albo... ze mną sprawa, gałgany!

Powstał hałas, tłum począł napierać, co widząc dozorca szybko przeszedł most, zamknął bramę i stanął przed nią.

Maheu chciał pośredniczyć.

— Stary, słuchaj. Mamy słuszność, chcemy poprawić swój los. Ale strajk musi być ogólny.