Maheu, widząc, że Katarzyna ciągle biegnie z nimi, krzyknął:
— Wynoś się!
Nie wstrzymała się nawet, rzuciła tylko ojcu płomienne spojrzenie i biegła dalej.
I znowu przebiegano równię, to drogą ciągnącą się daleko, aż na skraj horyzontu, to na przełaj przez pola. Wybiła czwarta, słońce poczęło zachodzić, a na zamarzłej ziemi wydłużały się coraz to bardziej cienie lecących z wrzaskiem ludzi.
Obeszli Montsou, zwrócili się znowu na drogę ku Joiselle i niedługo doszli do Piolaine. Gregoire’ów nie było w domu. Przed obiadem u państwa Hennebeau wypadło im odwiedzić notariusza. Dom stał cichy, jakby opuszczony, aleja lipowa i ogród, pozbawione liści, zdawały się drzemać. Okna pozamykane zasnute były rosą, świadczącą, jak wewnątrz musi być ciepło. Patrząc na Piolaine, odczuwało się wygodę życiową tam panującą, wyśmienite łóżka, doskonałą kuchnię, spokój i ciszę, w których płynęło życie właścicieli.
Strajkujący, nie zatrzymując się, rzucali ponure spojrzenia na dom, żelazne kraty i usiane złomkami szkła mury. Znowu podniósł się okrzyk:
— Chleba! Chleba!
Odpowiedziało im jedynie zapalczywe ujadanie psów, dwu dużych żółtawych duńskich dogów, rzucających się za kratą wejścia. Za firanką stały kucharka Melania i pokojówka Honorka zwabione zgiełkiem i z przerażeniem patrzyły na rozszalały tłum, pędzący ulicą. Usłyszawszy brzęk stłuczonej szyby, padły na kolana w oczekiwaniu śmierci.
Jeanlin zrobił sobie procę z kawałka sznurka i w przelocie posłał z niej na dobry wieczór kamień Gregoire’om. Za sekundę dął znów w swój róg, zapomniawszy o wszystkim. Tłum poszedł, a z dali dolatywał jeszcze okrzyk:
— Chleba! Chleba!