Gdy znaleźli się w Gaston-Marie, było ich przeszło dwa tysiące pięćset. Szalony pęd niósł ich teraz niby burzę. Niszczyli wszystko, obalali wszystko. Przed godziną byli tu żandarmi, ale zmyleni opowiadaniem chłopów popędzili ku Saint-Thomas, w pośpiechu zapomniawszy zostawić posterunku z kilku ludzi choćby złożonego. W niespełna kwadrans ognie zostały pogaszone, kotły opróżnione, budynki zalane wodą i zniszczone. Ale celem głównym wyprawy była pompa. Nie zadowolono się tym, że z wypuszczeniem pary stanęła, rzucono się na maszynę, jak na człowieka, by ją zlinczować.
— Pierwszy musisz uderzyć! — wołał Stefan, wkładając w rękę Chavala młot. — Dalej, przysiągłeś!
Chaval zadrżał, rzucił się w tył i w zamieszaniu upuścił młot. Ale inni, nie czekając, poczęli sztabami żelaza, cegłami, wszystkim, co wpadło pod rękę, walić w pompę. Śruby puściły, płyty stalowe i miedziane, pozbawione oparcia, odrywano rękami. Straszliwy cios kilofa strzaskał rezerwuar z lanego żelaza, woda trysnęła i pompa, zacharczawszy po raz ostatni, jak umierający, przestała istnieć.
Załatwiwszy się z tym, tłum zebrał się koło Stefana trzymającego ciągle Chavala. Rozległy się głosy:
— Śmierć zdrajcy! Do szachtu z nim!
Chaval śmiertelnie blady bąkał coś i ciągle prosił, by mu się dano umyć. Powtarzał jedno w koło jak wariat, opanowany manią prześladowczą.
— Ano poczekaj! — rzekł Levaque. — Możemy ci dogodzić. Patrz, oto tu jest miednica.
Woda z pompy wypuszczona utworzyła kałużę, która się pokryła już cienką warstwą lodu. Wepchnięto tam Chavala, lód się załamał. Zmuszono go zanurzyć głowę.
— Pij! — ryczała Brûlé. — Do licha, pij, bo ci pomożemy! Tak, tak... łyknij sobie jak bydlę, z nosem w wodzie.
Musiał pić na czworakach. Wszyscy śmiali się i drwili z niego w sposób barbarzyński. Jedna z kobiet ciągnęła go za uszy, inna zebrała w dłoń garść świeżego kału końskiego i rzuciła mu w twarz. Kaftan podarto na nim w strzępy, omglonym wzrokiem patrzył wokoło, szukając, którędy by mógł wymknąć się swym prześladowcom.