Maheu kopał go, Maheude wiodła rej pośród tych, którzy się nad nim znęcali. Mścili się oboje za dawne sprawki nędznika. Nawet Mouquette zwykle życzliwie usposobiona dla swych dawniejszych kochanków wpadła w pasję i radziła, by mu ściągnąć spodnie i zobaczyć, czy jest naprawdę mężczyzną.

Stefan nakazał wszystkim milczenie.

— Dość tego! — krzyknął. — Nie potrzebujecie wszyscy rzucać się na jednego... Wiesz co... możemy sprawę załatwić obaj między sobą.

Pięści mu się zaciskały kurczowo, oczy płonęły żądzą morderczą, pijany łaknął krwi.

— Czyś gotów? Jeden z nas musi zginąć... Dajcie mu nóż! Ja mam swój.

Katarzyna, mimo śmiertelnego znużenia, spojrzawszy na Stefana, zerwała się. Przypomniała sobie, co jej opowiadał. Znała tę jego żądzę zabijania, gdy wypił trochę więcej, znała ten instynkt odziedziczony po rodzicach nałogowi oddanych. Skoczyła więc, wymierzyła mu policzek i podniecona oburzeniem krzyknęła:

— Tchórzu! Tchórzu! Nie dość ci tego wszystkiego, coś z nim wyrabiał, chcesz go zabić, teraz, gdy nie może utrzymać się na nogach?

Zwróciła się do ojca, matki, do wszystkich.

— Wszyscyście tchórze! Rzucacie się kupą na jednego! Chcecie go zabić? Więc musicie zabić i mnie! Oczy wydrapię każdemu, kto się go tnie! Spróbujcie, tchórze!

Zasłoniła sobą Chavala, broniła go. Zapomniała o nędzy, o biciu, jedno tylko pamiętała. Była jego kochanką. Wziął ją. Więc hańba jego spada także i na nią. Stefan blady jak śmierć stał, gotów każdej chwili zabić dziewczynę. Po chwili obtarł ręką twarz i wśród głębokiej ciszy rzekł spokojnym, trzeźwym głosem: