— Śmierć mieszczuchom! Niech żyje republika socjalistyczna!
Rózia uśmiechała się dalej, idąc korytarzem. Rozśmieszyła ją przygoda i odezwała się do przerażonego służącego:
— O, oni nie mają nic złego na myśli! Znam ich!
Pan Gregoire spokojnie zawiesił kapelusz na wieszadłach. Potem pomógł żonie zdjąć gruby, sukienny płaszcz i rzekł:
— Oczywiście, robią głupstwa, krzyczą i na tym koniec. Wykrzyczą się i pójdą potem na kolację.
Zjawił się pan Hennebeau. Widział scenę z góry. Przyjął gości ze zwyczajną chłodną grzecznością i tylko bladość twarzy świadczyła o łzach przelanych przed chwilą. Teraz był to już tylko urzędnik, dyrektor, świadomy swych obowiązków i swej odpowiedzialności.
— Panie nie wróciły jeszcze! — rzekł.
Gregoire’ów opuścił nagle spokój. Cecylki jeszcze nie było! Cóż się z nią stanie, jeśli te głupstwa potrwają czas jakiś?
— Miałem najszczerszą chęć rozpędzić tę hałastrę — dodał pan Hennebeau — ale niestety jestem sam i nie wiem nawet, w którą stronę wysłać służącego po żandarmów.
Pokojówka Rózia, która przysłuchiwała się, wtrąciła: