— O, oni nie mają na myśli nic złego!
Dyrektor potrząsnął głową. Zgiełk wzrastał ciągle, kamienie tłukły o okiennice.
— Różnie to można brać! — odparł. — Ktoś musiał w nich wmówić, że jesteśmy ich gnębicielami. Ja tymczasem mam odpowiedzialność za spokój... a to straszne! Wiem, że żandarmi od rana jeżdżą po wszystkich drogach, i właśnie ja tylko nie mam do dyspozycji ani jednego! Ale proszę państwa do salonu. Niemiło jest tutaj w tym zgiełku.
Wtem zjawiła się kucharka. Była zrozpaczona i oświadczyła, że nie może brać na siebie odpowiedzialności za obiad, gdyż dotąd nie przybył chłopiec od pasztetnika z Manchiennes z obstalowanymi na czwartą pasztecikami w kruchym cieście. Niezawodnie po drodze napadli go ci rozbójnicy... splądrowali jego koszyk. Zdawało jej się, że paszteciki tłum wziął szturmem, a potem pożarł je i nasycił się. Na każdy sposób ulżyła sobie. Pan dyrektor wiedział teraz, jak sprawa stoi. Jej miłość własna była ocalona. Wolałaby bowiem raczej rzucić cały obiad do pieca, jak zepsuć go.
— Cierpliwości! Cierpliwości! — odparł. — Pasztetnik może się jeszcze zjawić.
Pan Hennebeau otworzył drzwi do salonu. Wtem ujrzał w mroku korytarza siedzącego na ławce człowieka.
— To ty, Maigrat? Cóż tam nowego?
Maigrat wstał. Blada, tłusta jego twarz wyrażała przestrach wielki. Stracił pewność siebie i pokornie począł mówić, że przyszedł prosić pana dyrektora o pomoc przeciw rozbójnikom.
— Jakże dam pomoc? — odparł dyrektor. — Sam, jak widzisz, jestem zagrożony i nie mam obrony. Trzeba było zostać w domu i pilnować towarów.
— O, zasunąłem żelazne wrzeciądze i zostawiłem żonę.