— Do stu diabłów! — mruknął Maheu zbudzony z zadumy. — Cóż to znowu za plotki? Czy nie dość ma każdy do roboty ze swą własną nędzą? Daj mi spokój albo stłukę cię na kwaśne jabłko! Któż to oczernił mą żonę? Kto mówił, że to powiedziała?

— Kto mówił? Pierronka!

Maheude wybuchła pogardliwym śmiechem i rzekła zwrócona do pani Levaque:

— A... Pierronka! Dobrze, powiem ci więc, co ona mówiła o tobie. Powiedziała, że śpisz zawsze z dwoma na raz. Jednym pod spodem, drugim na wierzchu!

Pokojowe załatwienie sporu było już niemożliwe. Wszystkich ogarnęła wściekłość. Levaque w zamian powiedziała, że słyszała od Pierronki, iż Maheuowie sprzedali Katarzynę i wszyscy teraz, nie wyłączając malców, mają pewną chorobę weneryczną, którą Stefan przyniósł z Wulkanu.

— Tak mówiła! — ryczał Maheu. — Dobrze! Idę do niej. A jeśli przekonam się, że tak powiedziała, wybiję jej zęby!

Wybiegł z domu, Levaque’owie pośpieszyli za nim, by być świadkami rozprawy, a Bouteloup bojący się wszelkich awantur pośpiesznie skrył się w domu. Maheude podniecona chciała także wybiec, ale powstrzymał ją bolesny jęk Alziry. Otuliła ją szczelniej kołdrą i poczęła wyzierać oknem.

— Ach, ten doktor... kiedyż nareszcie przyjdzie?

Pod drzwiami Pierronów ujrzeli Maheu i Levaque’owie małą Lidię grzebiącą w śniegu. Dom był zamknięty, ale przez szczelinę w okiennicy błysnęło światło. Dziewczyna z zakłopotaniem odpowiadała na pytania o rodziców. Ojca nie było, poszedł do babki Brûlé do pralni po bieliznę. Na pytanie, co robi matka, zmieszała się i zamilkła. Ale na ustach jej pojawił się złośliwy uśmiech. Matka wygnała ją na dwór, bo przyszedł pan Dansaert.

Mówiła, że im przeszkadza. Dozorca obchodził tego ranka kolonie z dwoma żandarmami, werbując górników i strasząc trwożliwych tym, że jeśli w poniedziałek nie stawią się do roboty w Voreux, Kompania sprowadzi robotników z Belgii. Ze zmierzchem odprawił żandarmów, a wiedząc, że Pierronka sama, wstąpił, by wypić przy ciepłym piecu kieliszek jałowcówki.