Pierron rozłościł się także i począł bronić żony. Napastnicy zwrócili się teraz przeciw niemu, zowiąc go zaprzedańcem, szpiegiem, psem gończym Kompanii tuczącym się tłustymi kęsami, którymi opłaca dyrekcja jego łajdactwa. Bronił się. Twierdził, że Maheu wsunął mu w szparę drzwi papier, na którym była wyrysowana trupia główka, dwa piszczele i sztylet, i spór zakończył się bójką mężczyzn, jak zresztą kończyły się zawsze utarczki słowne kobiet, od kiedy głód wprawił wszystkich w nerwowe podniecenie. Maheua i Levaque’a odrywać musiano od Pierrona. Gdy nadeszła Brûlé wracająca z pralni, z nosa jej zięcia płynęła krew. Dowiedziawszy się, o co idzie, rzekła tylko:
— Ten wieprz sprośny ciągle robi mi wstyd!
Opustoszała znów ulica, a kolonia zapadła w ciszę śmiertelną, kurcząc się od głodu i zimna.
— Nie było doktora? — spytał Maheu, powróciwszy.
— Nie — odparła stojąca u okna Maheude.
— A dzieci wróciły?
— Nie.
Maheu począł znowu chodzić po izbie krokiem zwierzęcia oszołomionego uderzeniem w czaszkę, dziadek Bonnemort nawet nie podniósł przez cały czas głowy, a chora Alzira usiłowała nie drżeć, by matce nie zrobić przykrości. Mimo tych usiłowań jednakże szczękały jej głośno zęby i drżała kołdra od nerwowych ruchów drobnego ciałka. Oczy utkwiła w powale, od której odbity poblask śniegu padał na izbę, rozświecając ją niby bladym, księżycowym światłem.
Toczono ostateczny bój z głodem, a ogołocony ze wszystkiego dom poddać się musiał. Po kołdrach poszły do handlarza starzyzną pokrowce z materaców, potem znikły prześcieradła i w ogóle wszystko, co mogło być sprzedane. Jednego wieczora sprzedano za dwa sous chustkę do nosa dziadka Bonnemort. Każdą rzecz opłakiwano, a najwięcej łez pociekło z oczu Maheudy, gdy dnia jednego zawinięte w fartuch wyniosła owo różowe pudełko, podarunek narzeczeński męża, kryjąc się z tym, jak gdyby wynosiła dziecko, by je komuś podrzucić. Nie mieli nic prócz własnej skóry, tak zniszczonej zresztą, że nikt by ni szeląga za nią nie dał. Nie zadawali sobie już nawet trudu szukania ratunku. Wiedzieli, że nie ma dla nich już nadziei ni na naftę do lampy, ni węgli trochę lub parę ziemniaków. Czekali śmierci, oburzała ich jedynie srogość losu, który dotknął Alzirę chorobą jeszcze przed śmiercią głodową.
— Idzie! Idzie! — zawołała Maheude.