Mignęła przed oknami czarna postać, drzwi się otwarły. Nie był to jednak doktor Vanderhagen, ale nowy proboszcz, ksiądz Ranvier. Zdumiał się, znalazłszy dom pozbawiony światła, ciepła, jedzenia. Był już w trzech domach, jak Dansaert z żandarmami robotników, chodził werbować zwolenników. Od progu zaraz począł mówić dobitnym tonem sekciarza.
— Czemu, dzieci moje, nie byliście wczoraj w kościele, mimo że była niedziela? Jesteście w błędzie, Kościół jedynie może was uratować. Obiecajcie, że przyjdziecie w przyszłą niedzielę!
Maheu spojrzał na wchodzącego i dalej chodził ociężałym krokiem nie rzekłszy ni słowa. Maheude odpowiedziała proboszczowi.
— Do kościoła? I po cóż, księże proboszczu? Pan Bóg widocznie drwi sobie z nas! Cóż mu zawiniła ta oto mała, że ją dotknął chorobą? Czyż nie dość już trapił nas głód? Spuścił na nią chorobę właśnie w czasie, gdy nie mogę jej dać filiżanki gorącej herbaty...
Stojąc wyprostowany pośrodku izby, począł mówić. Tłumaczył jak misjonarz dzikim ludziom, że strajk, straszna nędza i ta rozpłomieniona nienawiść do bogatych, to największy tryumf wiary. Oświadczył, że kościół stoi po stronie nędzarzy, że za jego sprawą niedługo odniesie tryumf sprawiedliwość i gniew boży spali na popiół bogaczy. Dzień pomsty nadchodzi. Bogacze samowolnie zajęli miejsce Boga na ziemi, a potem go się wyparli i niesprawiedliwie długo rządzili światem. Biedacy osiągną niewątpliwie należny im udział dóbr doczesnych, ale muszą się oddać w ręce kleru, skupić się dokoła księży, jak maluczcy i ubodzy po śmierci Chrystusa skupili się dokoła apostołów. Jakąż armię wówczas miałby pod swymi rozkazami papież i kler... czegóż by wówczas dokazać nie było można! W jednym tygodniu oczyszczono by świat ze złych, wygnano by bogaczów, poczęłoby się królestwo boże na ziemi, każdy by za pracę otrzymywał sutą zapłatę i zaświtałoby szczęście ludzkości na pracy oparte.
Maheude słuchała i zdawało jej się, że słucha Stefana, prorokującego rychły koniec nędzy. Ale sukienka duchowna nie budziła w niej zaufania, więc odparła:
— Wszystko to bardzo piękne, księże proboszczu, ale ksiądz pewnie posprzeczał się z panami i dlatego tak mówi. Wszyscy tutejsi proboszczowie byli zapraszani do dyrektora i dlatego grozili nam piekłem, gdyśmy domagali się chleba.
Począł mówić znowu, żalił się na nieszczęsne nieporozumienie między Kościołem a ludem. Miotał od czasu do czasu w formie dyskretnej pociski na miejskich księży, biskupów i wysoki kler, opływający w dostatki, obżarty bogactwami, stojący po stronie liberalnej burżuazji, i płakał nad zaślepieniem, które nie pozwala im dostrzec, że to właśnie klasy posiadające wydzierają im bogactwa i władzę. Zbawienie wyjdzie od księży wiejskich, którzy wraz z ludem powstaną i ugruntują królestwo Chrystusa na ziemi. Tak się zapalił, jakby już stał na czele tłumów, wyprostowany, stercząc wysoko ponad morze głów, a oczy tego rewolucjonisty ewangelii rzucały snopy iskier i w mroku izby błyszczały jak oczy kota. Coraz bardziej się unosił, słowa jego stały się niejasne, mistyczne, toteż biedacy go nie zrozumieli, a Maheu zniecierpliwiony począł wreszcie mruczeć:
— Po cóż marnować tyle słów? Mógł ksiądz przekonać nas łatwiej, przynosząc kawałek chleba.
— Przyjdźcie w niedzielę na mszę świętą — krzyknął proboszcz — Bóg nakarmi wszystkich, którzy łakną!