Ale Maheu stanął przed nim i począł gwałtownie.
— Belgijscy robotnicy?... O, nie odważą się na to hultaje! Nie wezmą ich do roboty, gdyż wówczas zniszczylibyśmy kopalnię.
Zakłopotany Stefan tłumaczył, że to teraz niemożliwe, że pod osłoną strzegącego kopalni wojska Belgowie zjadą w dół z łatwością. To rozzłościło Maheua, ściskał pięści i mówił, że nie cierpi czuć za plecami ostrza bagnetu. Więc robotnicy nie są już ludźmi wolnymi, zmusza się ich jak galerników do pracy postrachem nabitej broni. Nawykł do swej kopalni i bolał bardzo nad tym, że od dwu już miesięcy nie może pracować. Toteż myśl o tych obcych, którymi grożono, wydała mu się obelgą nową. Ściskało go też w gardle na myśl, że już mu zwrócono książkę robotniczą.
— Właściwie nie wiem — dodał — czemu się złoszczę. Pewne jest i tak, że nie należę już do całej sprawy. Oddali mi książkę... wygonią stąd i zdechnę pod płotem. Taki będzie koniec wszystkiego.
— O, tym się nie trap — odparł Stefan — dobry robotnik to rzecz rzadka, wezmą na powrót twą książkę, gdy tylko zechcesz.
Zdumiał się, słysząc śmiech Alziry. W ciemności dostrzegł tylko sylwetkę Bonnemorta. Ta wesołość chorego dziecka przejęła go dreszczem. To już za wiele, jeśli dzieci z tego powodu też musiały umierać.
Drżącym głosem rzekł więc:
— Widzisz sam... tak dalej iść nie może... musimy kapitulować!
Maheude siedząca dotąd cicho porwała się z siedzenia i poczęła krzyczeć, jakby była mężczyzną:
— Co? To... ty to mówisz? A do stu tysięcy diabłów!...