— A gdzież Jeanlin?
— Poszedł, mamo! Powiedział, że ma różne interesy do załatwienia.
Stefan słuchał, a serce mu się ścisnęło boleśnie. Niedawno jeszcze Maheude groziła, że pozabija dzieci, gdyby żebrać się ośmieliły, a teraz wysyłała je sama i mówiła, że wszyscy górnicy powinni iść na żebry raczej niż podjąć pracę.
Malcy wrócili głodni, chcieli jeść. Nie mogli pojąć, czemu nie dadzą im jeść. Płacząc, włóczyli się po izbie i potrącali nogi umierającej siostry, która jęczała z cicha. Matka biła na oślep po ciemku, chcąc ich ukarać. Ale gdy płakali coraz to głośniej, zapłakała sama. Siadła na ziemi przy tapczanie, objęła Alzirę, dzieci przytuliły się do niej i wszyscy czworo płakali rzewnie i długo. Przez łzy Maheude powtarzała raz po raz:
— O! mój Boże, czemuż nie zabierzesz wszystkich? Weź nas z litości! Połóż kres nędzy!
Dziadek siedział nieruchomy jak stary, nieczuły na wiek pień drzewa, a Maheu, nie odwracając głowy, chodził po izbie jednostajnym krokiem.
Nagle drzwi się otwarły i wszedł doktor Vanderhaghen.
— Tam do licha! — rzekł. — Trochę światła nie zaszkodziłoby wam na oczy! Prędko... śpieszno mi!
Jak zawsze mruczał i dziś gniewnie znużony nadmierną pracą. Miał zapałki, więc Maheu świecił jedną po drugiej i przy tym świetle lekarz badał chorą. Wydobyte z kołdry wątłe dziecko wyglądało jak mały wróbelek zamierający na śniegu. Tylko wielki jej garb widać było, reszta nikła wobec niego. Nieprzytomna, wzrokiem umierającej wodziła dokoła i śmiała się cicho, a ręce założone na piersiach drgały nerwowo. Matka poczęła uskarżać się na los wydzierający jej to najinteligentniejsze dziecko i pomoc w gospodarstwie, ale przerwał jej lekarz gniewnie.
— Patrz! Umiera! Ten biedny malec umiera z głodu. O, nie ona jedna zresztą! Przed chwilą widziałem to samo w sąsiedztwie. I na cóż mnie wzywacie? Cóż ja wam mogę poradzić? Mięsa wam trzeba i na tym koniec!