Stefan spojrzał mu ostro w oczy.
— Dość mówiliśmy o tym... Różnimy się w poglądach. Wszedłem do ciebie, by ci dać dowód, że cię szanuję, ale nie zmieniłem zdania i twierdzę jak zawsze, że gdybyśmy pomarli z głodu, trupy nasze więcej przysłużą się sprawie ludowej, jak cała twoja polityka przezorności. Ach... gdyby któryś z tych przeklętych żołdaków wpakował mi kulę w piersi... jakiż byłby to piękny koniec.
Oczy jego napełniły łzy. Był to szczery, z głębi duszy wyrywający się okrzyk zwyciężonego, ostatnie pożądanie ucieczki od wszystkich cierpień i bólów życia.
— Ślicznie powiedziałeś! — zawołała pani Rasseneur, spoglądając z pogardą na męża.
Souvarine zadumany siedział ciągle z głową o ścianę opartą. Zdawało się, iż nie słyszał, co mówiono, ręce jego tylko szukały czegoś nerwowo po kolanach. Dziewczęcą jego twarz i oczy rozświetliła łuna, niby poblask krwawych wizji płynących korowodem przez jego duszę. Począł mówić niby przez sen, odpowiadając na to, co Rasseneur rzekł o Międzynarodówce, na słowo jakieś, które mu przypadkiem utkwiło w mózgu.
— Nikczemnicy jesteście wszyscy i tchórze... Jeden jest tylko na świecie człowiek, dla którego Międzynarodówka byłaby straszliwym narzędziem zagłady. On ma wolę. Prócz niego nikt... I dlatego z rewolucji nic nie będzie.
Skarżył się na nienawiść ludzką i ciemnotę głosem przesyconym wzgardą, a obu słuchającym zdawało się, że mówi do nich ktoś śpiący lub szalony. W Rosji, mówił Souvarine, wszystko przepadło także, dostał wieści rozpaczliwe. Wszyscy jego towarzysze, owi nihiliści, przed którymi drżała Europa, stali się politykami najmniejszego rodzaju. Ci wszyscy synowie popów, kupców i mieszczuchów, niezdolni wznieść się ponad ideę narodowego wyzwolenia, pracowali teraz nad zbawieniem świata, wierząc, że nastąpi, gdy zgładzą jednego głupiego despotę. Z bólem czuł, że go nie rozumiał nikt, gdy mówił o zżęciu życia niby łanu dojrzałego żyta, z troską widział, że wówczas zaliczali go wszyscy do rzędu dawnych rewolucjonistów międzynarodowych, o których się nikt nie troszczy.
Ze ściśniętym sercem powtarzał więc swoje ulubione:
— Głupstwo!... Głupstwa te nie wyzwolą nas nigdy z nędzy.
Mówił dalej coraz bardziej rozgoryczony o swym niedośnionym śnie braterstwa. Wyrzekł się swej pozycji społecznej i swej klasy w nadziei, że doczeka ugruntowania nowego, opartego na braterstwie i pracy społeczeństwa. I teraz, podczas strajku, dzielił się z nędzarzami ostatnim groszem, traktował ich jak przyjaciół, przezwyciężył początkowe niedowierzanie i podbił w końcu swym spokojem i taktem. Ale cóż z tego? Mimo iż odrzucił precz od siebie wszystkie przesądy klasowe, czuł, że nie zdoła zżyć się z robotnikami. Dziś zwłaszcza rozgoryczyła go notatka, którą znalazł w dziennikach.