Stefan był zakłopotany, nie wiedział, co począć z tą dziewczyną, która mu nagle spadła na kark. Milczał więc niekontent. Nonsensem było brać ją ze sobą do Requillart, a nie chciała wracać do domu rodziców. O nie, wszystko raczej, mówiła, jak stać się im ciężarem, po tym, co zaszło. Nie mówili już teraz nic i szli na oślep drogą będącą jedną kałużą błota. Z początku szli ku Voreux, potem zwrócili na prawo i znaleźli się nad kanałem.
— Musisz przecie gdzieś spać! — rzekł wreszcie Stefan. — Gdybym miał izbę, zaprowadziłbym cię.
Urwał, zmieszany nie wiadomo czemu. Przeszłość stanęła mu w oczach. Wspomniał, jak się pożądali dawniej, a wstydliwość i delikatność nie dopuściła, by się posiedli. Czyżby jej pragnął jeszcze? Czuł się wzruszony i coraz bardziej wydawało mu się, że w istocie jej pożąda. Teraz myśl zabrania jej do Requillart zdawała mu się naturalna, a pomysł łatwy do wykonania.
— Zdecyduj się więc, dokąd mam cię odprowadzić? Więc tak mnie nienawidzisz, że nie chcesz iść ze mną?
Posuwała się powoli, znużona, ślizgając się po błocie. Wreszcie, nie podnosząc głowy, odparła:
— Czyż nie dość jeszcze mego nieszczęścia? Nie przyczyniaj mi jeszcze cierpień! Na cóż by się to zdało, gdy ja mam kochanka, a ty dziewczynę?
Mówiła o Mouquette, myślała, że żyje z nią, jak ogólnie sądzono, a gdy jej przysięgał, że tak nie jest, przywiodła mu na pamięć ów wieczór księżycowy, gdy spotkała ich, jak się całowali.
— Szkoda, że tyle się głupstw stało!... — począł cichym głosem. — Tak by nam było dobrze razem!
Zadrżała i odparła równie cicho:
— Nie żałuj niczego. Niewiele straciłeś. O, gdybyś wiedział, jaka ze mnie marna istota... nie mam na sobie ni za dwa sous tłuszczu i jestem tak źle zbudowana, że pewnie nigdy nie zostanę kobietą, jak się należy.