Otwarcie poczęła się obwiniać, iż dotąd nie jest dojrzała, mimo że miała stosunek z mężczyzną, co degradowało ją do rzędu ulicznic małoletnich. Gdy się może rodzić dzieci, człowiek ma jeszcze coś na swe wytłumaczenie, zakończyła... ale tak...

— Biedaczko! — szepnął Stefan, ogarnięty wielkim politowaniem.

Weszli w cień, który rzucał wał zsypiska, czarna chmura zasłoniła księżyc, nie widzieli swych twarzy, ale czuli oddech ust szukających się, by się zewrzeć w długim, z dawna upragnionym pocałunku. Ale nim to zdołali uczynić, chmura przeszła, oblało ich jasne światło księżyca i ujrzeli ponad sobą szyldwacha40, stojącego na szczycie wału. Odsunęli się od siebie. Jak wówczas, rozdzieliło ich poczucie wstydu i zniechęcenia złączonego z jakimś nieokreślonym porywem przyjaźni. Ruszyli dalej, brodząc w roztopach po kostki.

— Więc stanowczo nie chcesz? — spytał Stefan.

— Nie! — odparła. — Mamże brać ciebie po Chavalu, a po tobie innego znowu? O, wstręt to we mnie budzi! Zresztą nie robi mi to żadnej przyjemności, więc po cóż?

W milczeniu przeszli znów spory kawał drogi.

— A wiesz przynajmniej, gdzie idziesz? — spytał znów. — Nie zostawię cię w nocy na polu.

— Idę do Chavala! — odparła. — Jest moim mężem i u niego wolno mi tylko spać.

— Ale on cię zbije strasznie.

Nic nie odrzekła, wzruszyła tylko ramionami. Będzie bił, a gdy się zmęczy, to przestanie. Czyż to nie lepsze jak włóczyć się po ulicach jak ostatnia łajdaczka? Pocieszała się tym, że nawyknie do bicia, a na dziesięć dziewcząt, osiem niewątpliwie takie wiedzie życie. Gdy kochanek raczy ożenić się z nią kiedyś, będzie to już i tak z jego strony bardzo po rycersku.