Dzień się zrobił. Katarzyna ujrzała plecy Chavala. Skradał się ostrożnie ku kopalni. Nagle ujrzała też głowy Béberta i Lidii, wyglądające spomiędzy kloców drzewa. Spędzili tu noc, nie śmiejąc wracać do domu wbrew wyraźnemu rozkazowi Jeanlina, by nań czekali. Objęli się tylko dla rozgrzania, a ich tyran chrapał tymczasem w Requillart. Nie skarżyli się sobie wzajem na Jeanlina, ona na to, że ją bił, on zaś, iż mu co dnia wymierzał sporą rację policzków, ale w końcu struna została przeciągnięta, sprzykrzyło im się brać ciągle udział w szalonych wyprawach złodziejskich i nie dostawać za to najczęściej najmniejszej nawet cząstki łupu, małe ich serduszka podniosły bunt i objęli się za szyje wbrew zakazowi, mało sobie ważąc policzki obiecane, mające spaść za karę z powietrza. Policzki zresztą nie spadły, więc poczęli się tym czulej całować, nie myśląc o niczym więcej, odszkodowując się w ten sposób za długie męczeństwo. Przez całą noc tak się zabawiali i byli tak szczęśliwi, jak nigdy jeszcze dotąd, szczęśliwsi nawet jak podczas kiermaszu na św. Barbarę, gdy mieli kradzione ciastka i wino.

Katarzyna drgnęła na odgłos trąbki. Obejrzała się i ujrzała, że oddział w Voreux staje pod bronią. Równocześnie pędem nadbiegł Stefan, Bébert i Lidia wypadli ze swej kryjówki, a w szarym świetle dnia wstającego widać było nadciągający od kolonii tłum ludzi.

V

Zamknięto wszystkie bramy Voreux, oddział złożony z sześćdziesięciu żołnierzy z karabinami u nogi stanął u wejścia głównego i schodów, wiodących do kancelarii kontrolera. Kapitan ustawił żołnierzy w dwu szeregach pod murem w celu zabezpieczenia ich od napadu z tyłu.

Z początku robotnicy, którzy zbiegli się tu z kolonii, trzymali się w przyzwoitej odległości. Było ich najwyżej trzydziestu. Rozmawiali głośno, żywo gestykulując.

Maheude przybiegła jedna z pierwszych, zarzuciwszy pośpiesznie na nieczesane włosy chustkę. Na ręku miała śpiącą Stelkę.

— Nikogo nie wypuścić z kopalni ani wpuścić do środka! Trzeba ich tam zamknąć! — zawołała.

Maheu był tego samego zdania. Ale niebawem nadszedł z Requillart stary Mouque i domagał się, by go wpuszczono, gdyż koniom jego obojętna jest rewolucja. Chcą owsa. Przy tym zdechł tam na dole koń i trzeba go wydobyć na wierzch. Stefan poparł żądanie starca, żołnierze rozstąpili się i Mouque mógł zjechać. W kwadrans potem, gdy strajkujących było już znacznie więcej i poczęli przybierać groźną postawę, otwarto bramę i ukazali się ludzie ciągnący zwierzę. Porzucono je przed bramą w kałuży błota, nie rozwiązawszy nawet liny, którą biedaka skrępowano dla wydobycia na wierzch. Wrażenie uczyniło to na patrzących tak wielkie, że nie przeszkodzono ludziom cofnąć się i zabarykadować za sobą bramy. Poznano konia, tu i ówdzie rozległo się łkanie kobiece.

— To Trompette... prawda? Trompette!

Tak, to był Trompette. Od pierwszego dnia nie mógł znieść pobytu w głębi ziemi, smutny był, nie miał ochoty do pracy, dręczyło go wspomnienie słońca. Daremnie obwąchiwał go stary Bataille, daremnie lizał go i skubał za kark. Nie mógł mu wpoić rezygnacji. I ile razy się oba konie spotkały, zdawało się, iż jeden skarży się, iż tak już długo jest tutaj, że nie może przypomnieć sobie słońca, drugi zaś, że o nim zapomnieć nie może. W stajni stały obok siebie ze zwieszonymi głowami, śniąc cuda rzeczy minionych i opowiadając sobie wzajem sny. Gdy później Trompette oblany potem dogorywał na słomie, Bataille parskał i rżał, jakby płakał, iż traci ostatnią nadzieję, ostatnią radość życia, urwał się wreszcie, gdy Trompette skonał, i zarżał donośnie ze strachu.