Od tygodnia Mouque zwracał nadzorcy uwagę, że koń chory, ale nie było teraz czasu zajmować się takimi drobiazgami. Nie lubiano wyciągać na wierzch koni, ale musiano usunąć trupa. Dnia poprzedniego włożono Trompette’a na wózek i zaprzężono Bataille, by go zawieźć do szachtu. Powoli przeciskał się stary koń przez ciasny chodnik, a skóra zdechłego Trompette’a ścierała się o belkowanie ścian. Gdy dotarli do szachtu, odprzężony Bataille smutnym wzrokiem patrzył na przygotowania, widział, jak przymocowano ciało zmarłego towarzysza pod klatką windy i gdy dano sygnał odjazdu, wyciągnął szyję i osłupiały śledził ruch klatki. Gdy wreszcie wszystko znikło w czarnym otworze, nie ruszył się, kolana mu tylko drżały. Stał i rozmyślał zapewne nad tym, że i jego kiedyś w ten sposób wydobędą na powierzchnię ziemi. Po chwili zatoczył się i chwiejnym, powolnym krokiem zawrócił do stajni.

Przed kopalnią robotnicy ponuro patrzyli na zwłoki Trompette. Jakaś kobieta rzekła:

— Człowiek ma przynajmniej wolną wolę zjeżdżać lub nie zjeżdżać w dół.

Ale strajkującym przybyły w tej chwili posiłki. Na czele tłumu kroczył Levaque z żoną i Bouteloupem, krzycząc:

— Śmierć Belgom! Precz z przybłędami! Śmierć im!

Rzucono się naprzód. Stefan musiał powstrzymywać. Zbliżył się do kapitana, młodego, wysmukłego, dwudziestoośmioletniego może chłopca o zrozpaczonym, ale zdecydowanym wyrazie twarzy. Powiedział mu w krótkich słowach, jak sprawa stoi, starał go się przekonać i badał, jakie słowa jego uczynią wrażenie. I na cóż niepotrzebny mord? Czyż słuszność nie była po stronie robotników? Wszyscy są braćmi i... tylko porozumieć się trzeba. Na dźwięk słowa: Republika, kapitan drgnął, ale nie zmiękł i odparł szorstko:

— Cofnijcie się! Nie zmuszajcie mnie do spełnienia obowiązku!

Trzy razy Stefan ponawiał usiłowania. Tłum począł szemrać. Podobno pan Hennebeau był w kopalni. Mówiono o tym, by go rzucić do szachtu, by się przekonać, czy potrafi kopać węgiel wedle nowej taryfy. Ale pana Hennebeau nie było, natomiast w oknie kontrolera ukazali się na chwilę Dansaert i Négrel. Dozorca, któremu od ostatniego zajścia zrzedła mina, trzymał się w tyle, ale Négrel, jak zawsze drwiący z ludzi i rzeczy, patrzył na tłum swymi ironicznie przymrużonymi oczkami. Posypały się pogróżki i obelgi. Odstąpili, a w oknie ukazała się dziewczęca twarzyczka Souvarina. Od początku strajku nie odstąpił ani na jeden dzień swej maszyny. W ostatnich dniach przestał odżywiać się, pochłonięty myślą jakąś, której błysk niby blask ostrza miecza lśnił w jego oczach.

— Cofnąć się! — krzyknął donośnie kapitan. — Nie słucham gadań! Mam rozkaz bronić kopalni i obronię ją. Nie pchajcie się na moich ludzi albo poradzę sobie z wami!

Mimo stanowczości swej pobladł, widząc, że tłum wzrasta ciągle. Miano go zluzować o dwunastej w południe, ale obawiając się, że do tej pory nie zdoła stawić oporu, posłał jakiegoś chłopca z kopalni po posiłki. Odpowiedziały mu okrzyki i klątwy: