— Zabijcie nas! Zabijcie nas! Nie ustąpimy.
Levaque, nie bacząc, że się kaleczy, objęła rękami pęk bagnetów i poczęła szarpać, by je zedrzeć z luf. Miotała się jak szalona, a Bouteloup stał z daleka i patrzył nierad, że przyszedł tutaj.
— Ano dalej! Kłujcie! — wołał Maheu. — Pokażcie, żeście draby! — Rozerwał kaftan, rozpiął koszulę i odsłoniwszy upstrzone plamami węgla piersi, napadł na bagnety z tak szaleńczym, ślepym męstwem, że zmusił żołnierzy do cofnięcia broni. Jedno ostrze drasnęło go, usiłował wbić je głębiej, jakby opanowany żądzą śmierci.
— Tchórze! Nikczemni tchórze! — wołał. — Nie macie odwagi! Zabijcie nas, a przyjdą inni! Za nami stoi dziesięć tysięcy robotników!
Położenie żołnierzy, którym dano rozkaz użycia broni w ostatecznej tylko konieczności, stawało się coraz to krytyczniejsze. Jakże było powstrzymać szaleńców nabijających się na bagnety? Z drugiej strony miejsca było coraz to mniej, przyparto ich całkiem niemal do muru i cofać się nie było gdzie. Ale mała garść wobec przeważających sił robotników trzymała się dobrze. Z zimną krwią wykonywano rozkazy kapitana, który zacisnąwszy wargi baczył tylko pilnie, czy żołnierzy nie poczynają irytować obelgi tłumu. Już w sposób niepokojący mrugał oczami młody sierżant o wywoskowanych wąsikach, a stojący obok niego stary żołnierz, uczestnik dwudziestu potyczek, widząc, że kobiety szarpią za jego bagnet, pobladł jak ściana. Inny znów, widocznie rekrut wzięty wprost od roli, zaczerwienił się jak burak, słysząc, że go nazywają szubrawcem i zbójem. Klątwy i obelgi nie ustawały. Grożono pod nos pięściami, przesadzano się w dosadnych wyrażeniach i trzeba było całej surowości dyscypliny, by żołnierzy utrzymać w nieruchomości i milczeniu.
Zdawało się, że do starcia przyjść musi, gdy spoza szeregów wystąpił nagle stary, osiwiały dozorca Richomme, podobny do dobrotliwego wysłużonego żandarma, i głośno zawołał:
— Do stu tysięcy, to szaleństwo! Kiedyż zaświta wam u licha w głowach?
Rzucił się między bagnety a górników.
— Towarzysze, posłuchajcie mnie! Wiecie, że byłem robotnikiem, nigdy nie dałem się wam we znaki, i wiecie, że zawsze stałem po waszej stronie. Słuchajcie, obiecuję, że sam powiem słowa prawdy dyrektorowi, jeśli nie postąpi z wami po sprawiedliwości! Ale to, co robicie, to rzucanie obelg niewinnym żołnierzom nie prowadzi do niczego i również szalonym głupstwem jest dobrowolne nabijanie się na bagnety.
Poczęto go słuchać, zawahano się. Ale na nieszczęście w oknie ukazał się znów ostry profil Négrela. Złościło go pewnie, że wysłał dozorcę miast iść sam, i chciał mówić. Daremnie prosił Richomme o rozwagę, daremnie namawiał, by się porozumiano, odtrącono go. Był podejrzany. Ale nie ustąpił.