— Z tego nie będzie nic!

Śmiał się i trącał Zachariasza kłócącego się z żoną, która nie chciała trzymać na rękach obojga dzieci, by się mogły przyglądać.

W grupach stali widzowie tu i ówdzie, a na szczycie wzgórza już przy pierwszych domach kolonii stał oparty na kiju dziadek Bonnemort, który się aż tu zawlókł. Stał nieruchomy, rysując się wyraźnie na tle zaróżowionego nieba.

Gdy padły pierwsze cegły, Richomme stanął znowu między żołnierzami a tłumem. Ostrzegał jednych, prosił drugich, nie zważając na niebezpieczeństwo, a był tak zrozpaczony, że wielkie łzy toczyły mu się po policzkach. Nie słychać było, co mówi, wielkie, białe jego wąsy poruszały się tylko konwulsyjnie.

Grad począł padać gęstszy, mężczyźni wzięli się też do rzucania.

Maheude, widząc, że mąż jej stoi z próżnymi rękami, krzyknęła:

— Cóż ci to? Boisz się? Dasz więc, by tamtych biedaków zabrano do więzienia? O, gdybym tylko nie miała dziecka, zobaczyłbyś!

Stelka zawiesiła jej się u szyi z wrzaskiem i tamowała jej ruchy. Gdy Maheu nie słuchał, nogami przysuwała mu cegły, mówiąc:

— Do kroćset diabłów, bierzesz czy nie? Czy mam ci wobec ludzi napluć w twarz, by ci się krew rozgrzała?

Zaczerwienił się bardzo, począł łamać cegły i rzucać kawałki w żołnierzy. Podjudzała go, popychała tak, że wnet znalazł się przed samymi karabinami.