Grad cegieł przysłonił niemal całkiem mały oddział wojska. Szczęściem większość pocisków trafiała tylko mur ponad głowami żołnierzy. Co czynić, myślał kapitan? Na myśl, by cofnąć się w obręb kopalni, twarz jego oblał rumieniec wstydu, a i to było już teraz niemożliwe, gdyż gdyby tylko o krok oddalił się od muru, oddział zostałby otoczony ze wszystkich stron. Kawałek cegły strzaskał daszek jego kepi, krople krwi spływały mu po czole, wielu było już rannych i czuł, że porwani instynktem samoobrony żołnierze przestaną go za chwalę słuchać. Sierżant zaklął głośno, dostawszy cegłą w ramię, rekrut, dwa razy trafiony, miał zgnieciony palec i palącą ranę na kolanie. Czyż dać się dalej masakrować? Starego wojaka cegła odbita od ziemi trafiła w brzuch, aż pozieleniał ze złości, karabin zadrżał mu w rękach i mimo woli złożył się do strzału. Już trzy razy kapitan chciał zakomenderować: Ognia! Ale słowo zamierało mu na ustach i w ciągu sekundy ciężko walczyły w jego duszy obowiązek żołnierza i poczucie ludzkości. Grad cegieł wzmógł się, kapitan otworzył usta, by wyrzec słowo komendy, gdy nagle gruchnęły strzały, naprzód trzy, potem pięć... i dalej... ogień ciągły przeleciał szeregi, wreszcie zagrzmiał spóźniony strzał ostatni.
Nastała cisza. Tłum ogarnęło głębokie zdumienie, wszyscy stali z otwartymi ustami, nie wierząc własnym uszom. Ale podniosły się straszne wrzaski, gdy zabrzmiała trąbka sygnałem powstrzymania ognia karabinowego. Tłum rzucił się do ucieczki ogarnięty paniką. Ciśnięto się, pędzono po błocie, padano...
Bébert i Lidia padli pierwsi, ona trafiona w twarz, on pod lewym ramieniem w bok. Dziewczyna nie ruszała się już, ale Bébert w spazmie konania ogarnął ją ramieniem, jakby chciał raz jeszcze objąć i ucałować, raz jeszcze zaznać rozkoszy tej nocy ostatniej wśród stosów drzewa. Właśnie nadbiegł na pół zaspany jeszcze Jeanlin i poprzez dym ujrzał, jak Bébert objął jego małą, bitą tyle razy żonę i zmarł, tuląc do piersi wbrew zakazowi swego tyrana.
Pięć następnych strzałów położyło trupem Brûlé, która trafiona w pierś padła w całej długości jak pęk chrustu i zmarła, wyrzuciwszy z ust okrwawionych ostatnią klątwę, i Richehomma. Trafiony w plecy, w chwili gdy przemawiał do napastników, padł na kolana, osunął się bokiem i charczał, a z oczu spływały mu jeszcze przez chwilę łzy.
Ogień ciągły oczyścił cały plac i aż na odległość stu kroków strzały dosięgnęły wielu, nawet spośród przypatrujących się zajściu. Kula trafiła w usta Mouqueta. Padł u stóp Zachariasza i Filomeny, a krew jego obryzgała dzieci. W tej samej chwili dwie kule w brzuch dostała Mouquette. Ujrzawszy, że żołnierze podnoszą broń do oka, porywem dobrego serca uniesiona zasłoniła sobą Katarzynę. Wydała okrzyk i padła na wznak. Stefan przybiegł na ratunek, chciał ją podnieść, zabrać stąd, ale ruchem ręki dała mu poznać, że już po niej. Patrzyła na Katarzynę i Stefana i uśmiechała się, jakby jej sprawiało przyjemność, że widzi ich razem, gdy ona konała.
Zdawało się, że już koniec. Odgłos salwy odbiegł już daleko, budząc strach i zdumienie, gdy padł ów spóźniony strzał ostatni.
Maheu trafiony w serce zakręcił się na obcasach i padł twarzą w kałużę błota.
Zdumiona pochyliła się nad nim Maheude.
— No stary, wstawaj! To nic... prawda?
Stelka jej zawadzała, musiała więc wziąć dziecko pod pachę, by ręką odwrócić głowę męża.