— Mów! Gdzie boli?
Oczy jego były szklane, na ustach miał krwawą pianę. Zrozumiała. Umarł. Nie podniosła się nawet, tylko trzymając pod pachą dziecko, niby zwitek szmat, siedziała bezmyślnie w błocie.
Kopalnia uwolniona została od strajkujących. Nerwowym ruchem kapitan zdjął z głowy podarte kepi i wdział je znowu. Wobec tej największej katastrofy swego życia zachował spokój, zbladł jedynie śmiertelnie i stał w milczeniu. Żołnierze bez komendy nabili na nowo broń. Z okna kancelarii wyjrzały przerażone twarze Négrela i Dansaerta, a za nimi błysnęła twarz Souvarina. Czoło przecinała mu głęboka, prostopadła zmarszczka, jakby widomy znak, iż skrystalizowała się w niej myśl snująca się tam już od dawna. Na szczycie wzgórza stał ciągle jeszcze stary Bonnemort jedną ręką wsparty na lasce, drugą przysłaniając oczy, by lepiej widzieć, jak tam w dole zabijano jego towarzyszy. Ranni jęczeli, zmarli kostnieli, leżąc w czarnym błocie, które zmieszało się ze śniegiem na gęstą breję, a pośród tych małych, po największej części wychudłych ciał ludzkich leżał jak wielka bryła zdechły koń.
Stefan nie raniony nawet stał obok Katarzyny, która ze strachu i zmęczenia przysiadła na belce. Nagle drgnął na dźwięk donośnego głosu i spostrzegł proboszcza Ranvier. Wracał właśnie z klasztoru i widząc pobojowisko, wzniósł w górę ręce i drżącym z oburzenia głosem fanatyka błagał Boga, by cisnął pioruny na głowy morderców. Unosił się i mimo iż nie miał słuchaczy, stojąc po kostki w błocie prorokował, iż bliskim jest czas sprawiedliwości i unicestwienia burżuazji, która osiągnęła szczyt zbrodni, mordując wywłaszczonych przez siebie samą, o głodzie pracujących nędzarzy.
Część siódma
I
Echo strzałów w Montsou dobiegło aż do Paryża. Wszystkie dzienniki opozycyjne przepełniły opisy, od których czytelnikom stawały włosy na głowach. Dwudziestu pięciu rannych, czternaście trupów, wśród których dwoje dzieci i trzy kobiety! Prócz tego jeńcy! Levaque wyrósł na bohatera, słowa, których miał użyć wobec sędziego śledczego, godne były Demostenesa. Cesarstwo ugodzone własnymi kulami w własne swe ciało zachowało majestatyczny spokój, nie przyznając się do porażki, nie czując jej nawet może. Usiłowano sprawę przedstawić w przyzwoitych rozmiarach, licząc, że stolica robiąca opinie zapomni rychło o tym, co się zdarzyło przypadkiem gdzieś daleko, na północy, w krainie węgla. Kompania otrzymała rozkaz zatuszowania całej sprawy i natychmiastowego zakończenia strajku, który mógł się stać socjalną klęską.
Już w środę zjechali członkowie rady nadzorczej, a mieścina, która dotąd nie śmiała radować się z krwawej łaźni, odetchnęła pełną piersią. Mieszczaństwo zostało ocalone. Natura sama zdawała się radować z tego zwycięstwa, słońce przygrzewało, rośliny kiełkować poczęły, otwarto okiennice pałacu posiedzeń rady, dom odżył, a z wnętrza jego dochodziły same radosne wieści. Delegaci, jak mówiono, wzruszeni katastrofą pośpieszyli na miejsce wypadku, otwierając po ojcowsku ramiona robotnikom, którzy uwieść się dali podszeptom złych, przewrotnych ludzi. Wszystko miało być naprawione.
Teraz, gdy stało się to, do czego parli, gdy padły trupy... więcej może trupów, niż pragnęli... śpieszyli wystąpić w roli wybawców i hojnie, rozrzutnie szafowali dowodami swej łaski. Przede wszystkim odprawiono Belgów, rozdymając do ogromnych rozmiarów to ustępstwo wobec robotników. Potem usunięto z kopalń wojsko, które zresztą nie było wcale potrzebne, wobec tego, że górnicy byli pokonani, a wreszcie delegaci przyczynili się do zatarcia sprawy znikłego z Voreux szyldwacha42. Mimo skrupulatnych poszukiwań nie odkryto nigdzie zwłok i karabinu i mimo iż podejrzewano morderstwo, wpisano żołnierza na listę dezerterów. W ogóle delegaci starali się przedstawić wszystko w łagodniejszym świetle i drżąc przed następstwami, starannie wystrzegali się wyznać, iż boją się tej wielkiej masy wydziedziczonych, którzy jednym zamachem mogli zmieść z powierzchni ziemi zwyrodniałe klasy posiadające. Te usiłowania kompromisowe nie przeszkadzały im też zająć się sprawami czysto finansowej natury. Widywano często pana Deneulin w pałacu rady. Całą siłą pary prowadzono układy o kupno Vandame i spodziewać się należało, że zostaną uwieńczone pomyślnym skutkiem.
Najwięcej jednak wrażenia robiły duże, żółte plakaty w wielkiej ilości rozlepione po wszystkich murach i parkanach. Widniała tam wypisana ogromnymi literami następująca: