Odezwa!

Robotnicy Montsou!

Nie chcemy, by fatalne nieporozumienie, którego straszliwe skutki przed paru dniami napełniły nas wszystkich grozą i żalem, miało nadal pozbawiać robotników, rozumnych i chętnych do pracy, środków do życia. Otworzymy więc w poniedziałek rano wszystkie kopalnie, a skoro tylko praca zostanie podjęta, troskliwie zbadamy stosunki i z całą przychylnością zajmiemy się kwestią, w jaki sposób poprawa losu pracujących jest możliwa. Uczynimy wszystko, co leży w granicach słuszności i możliwości.

Zarząd Spółki węglowej Montsou

Przez ciąg przedpołudnia przedefilowało przed tymi afiszami dziesięć tysięcy górników. Nikt nie rzekł ani słowa. Jedni potrząsali głowami, inni odchodzili, powłócząc nogami, ani jeden muskuł twarzy nie drgnął im podczas czytania.

Kolonia Maheuów trwała w najzaciętszym oporze. Zdawało się, że krew towarzyszy, która zbroczyła błoto u bram Voreux, tamuje żywym dostęp do kopalni. Do pracy stawiło się stąd ledwo dziesięciu, to jest Pierron i dziewięciu obłudników jemu podobnych. Patrzano, jak szli do kopalni i wracali i prócz ponurych wejrzeń nie doznali żadnych przeszkód. Jeszcze inny był powód, że nie dowierzano przybitej tu na kościele odezwie. Nie było w niej mowy o przyjęciu na powrót zwróconych książek robotniczych. Czy ich Kompania nie przyjmie? Obawa represji, myśl solidarnego protestu przeciw wydaleniu najbardziej skompromitowanych utwierdzały resztę w opornym wyczekiwaniu. Mówiono, iż odezwa jest podejrzana i należy czekać. Wrócą wszyscy do pracy, gdy zarząd powie jasno, co uczynić zamyśla. I znowu kolonia zapadła w odrętwienie. Po chrzcie krwi przestano bać się już głodu.

Zwłaszcza na dom Maheuów spadło przygnębienie. Maheude od powrotu z cmentarza nie otwarła ust. Po masakrze zgodziła się na pobyt w domu córki, którą wpół żywą przyprowadził Stefan. Sypiał on teraz także w kolonii w jednym łóżku z Jeanlinem. Mógł zostać tutaj każdej chwili aresztowany, ale myśl powrotu do Requillart napełniała go taką odrazą, że wolał więzienie. Drżał, gdy wspomniał, że może znaleźć się w ciemnościach, gdy przed oczyma miał jeszcze tyle trupów, a bał się, choć się do tego nie przyznawał, także jeszcze małego żołnierza, który tam w głębi spał pod rumowiskiem skalnym. Przy tym więzienie, po wszystkich poniesionych klęskach, wydało mu się cichym schroniskiem. Tu w domu miał chwilowo spokój, nikt mu nie czynił wymówek, tylko Maheude spojrzała kilka razy gniewnie na niego i córkę, jakby pytała, czego chcą tutaj oboje.

Dziadek Bonnemort zajmował teraz łóżko malców, spały one z Katarzyną, której nie zawadzał już garb Alziry. Maheude uczuwała opustoszenie, zwłaszcza kładąc się w wielkie, za szerokie teraz, zimne łóżko. Daremnie brała do siebie Stelkę. Płakała po nocach po cichu. Dni mijały jedne po drugich, chleba nie było, a tu i ówdzie użebrane okruchy pogarszały tylko stan oczekiwania śmierci głodowej, która zwlekała ze swym przyjściem.

Piątego dnia Stefan, którego do rozpaczy doprowadziło milczenie Maheudy, wyszedł z domu i powlókł się brukowaną ulicą do kolonii. Ciążyła mu bezczynność, więc wałęsał się dręczony ciągle jedną myślą, myślą, co dalej będzie. Od pół godziny chodził już tak, aż wzrastające ciągle niemiłe jakieś uczucie zwróciło jego uwagę na to, iż nie jest sam, ale patrzy nań kilkunastu górników stojących przed drzwiami swych mieszkań. Reszta jego popularności znikła wśród huku strzałów karabinowych i nie mógł teraz przejść koło nikogo, by spotkany nie rzucił nań płomiennego spojrzenia. Podniósłszy głowę, ujrzał groźne oczy mężczyzn, widział, jak kobiety odsunąwszy firanki w oknach patrzyły nań, i pod tym gradem niemych, pełnych nienawiści spojrzeń zmieszał się i nie wiedział czy iść, czy wracać. Opanował go strach, że cała kolonia się zbiegnie i pocznie mu wyrzucać swą nędzę. Pod wpływem tej obawy zawrócił do domu.

Ale scena, jaką tu zastał, wyprowadziła go do reszty z równowagi.