Stefan zawahał się. Tu szukać przytułku nie chciał.

— Wejdźże, a ja przemówię do nich — powtórzył Rasseneur.

Wszedł zdesperowany i skrył się w głębi izby, a szynkarz zasłoniwszy drzwi szerokimi barami począł przemowę:

— Słuchajcie no, moi drodzy, miejcie rozum! Wiecie sami, że was nigdy nie łudziłem. Zawsze byłem za spokojnym, rozważnym traktowaniem sprawy i gdybyście byli mnie słuchali, nie byłoby do tego doszło.

Przestępując z nogi na nogę mówił długo, wymownie, z łatwością, a słowa płynęły mu z ust jak ciepła woda, w miłe półuśpienie wprawiając słuchaczy. Dawne znaczenie odzyskał teraz w jednej chwili z taką łatwością, jak gdyby nigdy nie został wygwizdany i nazwany tchórzem. Podniosły się okrzyki uznania:

— Doskonale!

— Lepiej było, gdy on stał na czele!

— Tak, słusznie!

Zagrzmiały oklaski.

Stefanowi serce zalewała gorycz. Wspomniał sobie słowa Rasseneura wypowiedziane w lesie, kiedy to groził mu niewdzięcznością pospólstwa. Cóż za bezmyślność i brutalność! Co za bestialskie zapominanie usług, jakie im oddał, i ofiar, jakie poniósł! Jest to jakaś ślepa potęga, która wiecznie niszczyć się sama w sobie będzie. Obok gniewu, że ci głupcy psują własną sprawę, uczuł wściekłość, iż jego plany ambitne tak się skończyły. Czyż naprawdę już koniec wszystkiego? Pamiętał, jak tam, pod bukami, sercu jego odgrzmiało echem trzy tysiące serc. Od tego dnia władał tym tłumem, był jego panem. Więc począł marzyć. Widział Montsou u swych nóg, a siebie w Paryżu na fotelu poselskim, na trybunie, jako pierwszego robotnika rzucającego gromy na burżuazję. Ale wszystko się skończyło. Budził się z tych marzeń mały, pogardzony. Jego własny lud kamieniami zbudził go ze snu.