Wszystko odbyło się jak najwspanialej. Pani Hennebeau bardzo serdeczna była dla Cecylki i uśmiechała się do Négrela podczas toastu, jaki notariusz wzniósł na intencję szczęśliwego pożycia młodej pary. I pan Hennebeau był bardzo serdeczny. Dziwiła wszystkich jego rozradowana mina, a obiegała pogłoska, że jest teraz w wielkiej estymie u rady nadzorczej i zostanie niebawem zamianowany oficerem legii honorowej w nagrodę za energiczne stłumienie strajku. Nie mówiono o zajściach czasów ostatnich, ale w ogólnej wesołości przebijał triumf i obiad był poniekąd ucztą zwycięzców. Nareszcie człowiek może spokojnie spać i trawić! Dyskretnie uczyniono wzmiankę o zabitych, których krew dopiero wsiąkła w ziemię Voreux. Była to konieczna, jak mówiono, lekcja, a wszyscy rozrzewnili się, gdy Gregoire’owie odparli, że należy teraz leczyć rany nędzarzy cierpiących po koloniach. Jest to dziś obowiązkiem każdego, mówili. Przybrali oni znów swe dobroduszne miny i przebaczyli górnikom, pewni, że teraz znowu przez całe stulecie będą pod ziemią pracowali z wzruszającą przykładną rezygnacją. Dostojnicy Montsou, którzy już pozbyli się drżączki, oświadczyli, że należy z wielką ostrożnością zająć się kwestią reformy pracy najemnej. Przy pieczeni upojenie zwycięstwem stało się zupełne, gdy pan Hennebeau odczytał list biskupa z doniesieniem o dymisji proboszcza Ranvier. Całe towarzystwo czyniło uwagi nad zachowaniem owego księdza, który zwał żołnierzy mordercami, a przy deserze notariusz zagalopował się tak daleko, że oświadczył, iż jest wolnomyślny.

Na obiedzie był też Deneulin z córkami. Wobec ogólnej wesołości starał się kryć swój ból i smutek. Tego samego ranka podpisał właśnie akt sprzedaży Vandame Kompanii Montsou. Przyciśnięty do muru musiał wreszcie poddać się delegatom rady i być jeszcze zadowolony, że zdołał wydusić z nich pieniądze na pokrycie swych zobowiązań. W końcu pertraktacji za szczęście uznać musiał, gdy mu zaproponowali, by wszedł w służbę Kompanii w charakterze generalnego inżyniera. Teraz miał nadzorować jako urzędnik tę samą kopalnię, która pochłonęła cały jego majątek. Zdawało mu się, że słyszy podzwonne wszystkich mniejszych przedsiębiorstw prywatnych, że widzi, jak znikają jeden po drugim mali przedsiębiorcy, pożerani przez wielki kapitał zgromadzony w szponach olbrzymich syndykatów i kompanii. On sam jeden zapłacił koszta strajku i czuł, że ci ludzie zapijają jego klęskę, gdy wzniesiono toast na cześć przyszłego orderu pana Hennebeau. Ale pocieszał go widok córek ślicznie wyglądających w poprzerabianych sukienkach, które śmiały się w chwili ruiny. Błogosławił w myśli te dzielne dziewczęta pogardzające złotem.

Gdy biesiadnicy przeszli do salonu, by tam wypić kawę, wziął pan Gregoire na bok krewniaka i powinszował mu postępku.

— Ach tak — mówił — jedynym twym błędem było, żeś włożył w przedsiębiorstwo milion uzyskany za denar Montsou. Naraziłeś się na szereg trosk i wszystko poszło z wiatrem, podczas gdy mój denar nie wyjęty nawet z szuflady żywi mnie ciągle i pozwoli bez pracy żyć w dostatkach wnukom i prawnukom Cecylki.

II

W niedzielę z zapadnięciem nocy wykradł się Stefan z kolonii. Niebo było jasne, gwiazdy świeciły. Stefan poszedł wzdłuż kanału, a potem zwrócił się w stronę Marchiennes. Była to jego ulubiona przechadzka, kroczył więc wolno urwistym brzegiem ponad kanałem odciętym na płaszczyźnie geometryczną linią, podobnym do niezmiernie długiej sztaby srebra.

Nie spotykał tu nigdy nikogo i niemile uderzyło go, gdy ujrzał kogoś idącego naprzeciw. Dopiero gdy stanęli obok siebie, poznali się przy słabym świetle gwiazd.

— A, to ty? — rzekł Stefan cichym głosem.

Souvarine skinął głową. Chwilę stali w milczeniu, potem poszli obaj w stronę Marchiennes. Każdy snuł wątek własnych myśli, jakby nie byli razem.

— Czytałeś w dziennikach o powodzeniu Plucharta w Paryżu? — spytał wreszcie Stefan. — Czekano na ulicy, zrobiono mu owację u drzwi lokalu w Belleville, gdzie przemawiał. Ciągle przemawia mimo chrypki. O, ten człowiek zajdzie daleko!