— Czytałem je! — odparł maszynista.
— Więc cóż myślisz?
— Myślę, że już koniec... trzoda zjedzie w głąb. Jesteście wszyscy nikczemni tchórze!
Stefan gorąco bronił towarzyszy. Pojedynczy człowiek może być mężny, ale mrący głodem tłum nie ma sił.
Powolnym krokiem doszli do Voreux i gdy stanęli przed budynkami kopalni, Stefan poprzysiągł nie stanąć do roboty. Ale przebaczał tym, którzy zjadą jutro, trudno... to są ludzie głodni! Dowiadywał się też, ile prawdy jest w pogłosce, że cieśle nie mieli czasu naprawić oszalowania szachtu zjazdowego. Pytał, czy prawdą jest, że ciśnienie warstw skalnych na ściany z drzewa, które stanowią niejako koszulę szachtu, wygięło je do wewnątrz, tak że klatki trą o ścianę na przestrzeni pięciu metrów. Souvarine odpowiadał teraz krótko. Wczoraj był w służbie i istotnie, klatki trą o ściany, tak że musiał puścić maszynę z podwójną szybkością, by przeszły. Ale na wszystkie uwagi przełożeni odpowiadali, że przede wszystkim teraz trzeba węgla, a potem poczną się naprawki.
— Ach, gdyby tak wszystko licho wzięło! — szepnął Stefan. — Co za radość, co za radość!
Souvarine spojrzał na kopalnię śpiącą w ciemności i rzekł spokojnie, kończąc myśl Stefana:
— Gdyby wszystko wzięło licho, poginęliby też i górnicy, którym radzisz stanąć do roboty.
Z wieży w Montsou wybił zegar dziewiątą. Stefan powiedział, że chce już iść spać, a Souvarine rzekł, nie podając mu ręki:
— Bądź zdrów. Odjeżdżam stąd.