— Czemuż mi nie odpowiadasz? — spytał. — Cóż to znaczy?

— Wstaję.

— Tak rano?

— Tak! Idę do roboty do kopalni.

Całkiem już rozbudzony usiadł obok niej na brzegu siennika, a Katarzyna tłumaczyła, czemu postanowiła pracować. Nie mogła znieść próżniactwa i pełnych wyrzutu spojrzeń matki. Woli już, mówiła, narazić się na przykrości ze strony Chavala w kopalni, a jeśliby matka nie chciała przyjąć jej zarobku... no, to wówczas dość już jest duża, by sobie samej ugotować zupę.

— Idź spać — dodała — i proszę cię, nie zdradź mnie, żem poszła.

Ale on objął ją wpół, opanowany litością i serdecznością. Tulili się oboje do siebie, czując poprzez koszule gorąco swych ciał. Zrazu chciała się wyrwać, ale potem objęła go z płaczem za szyję i przyciskała do piersi. Siedzieli tak, nie pragnąc niczego więcej, szczęśliwi, myśląc o wzajemnej, nie zaspokojonej dotąd miłości. Czyż to już nigdy nie nastąpi? Czy któregoś dnia nareszcie odważą się? Przecież byli teraz oboje wolni? A potrzeba było tylko małego upojenia, chwili zawrotu głowy i byliby się posiedli. Oboje rozmyślali już o tym, snuło im się to po myśli w mglistych obrazach.

— Idź spać! — szepnęła. — Ja ubiorę się po ciemku, by nie zbudzić matki. Puść mnie, już czas.

Przyciskał ją do piersi, opanowany wielkim smutkiem. Pragnął teraz całą duszą spokoju, szczęścia, marzyło mu się, że ożenił się z Katarzyną i mieszka w małym, schludnym domku i nie pragnie niczego, tylko żyć tam z nią do śmierci. Wystarczy im suchy chleb, gdyby i tego nie stało na dwoje, to odda jej swą część. Czyż nie to było najwyższą i jedyną wartością życia?

Wysunęła się wreszcie z jego objęć i szepnęła: