Stefan zwrócił się ku kolonii, Souvarine poszedł znów wzdłuż kanału. Chodził tak samotny bez przestanku tam i z powrotem, niknąc w ciemności i wyłaniając się z niej znowu. Stanął wreszcie, policzył uderzenia zegara i przekonawszy się, że północ, wszedł do kopalni.
O tej godzinie nie było tu nikogo. Spotkał jedynie zaspanego dozorcę. Pod kotłami palić zaczynano dopiero o drugiej. Powiedział dozorcy, że zapomniał w szafie kamizelki, i poszedł też po nią. W kamizelkę zawinięte były narzędzia, świder, obcęgi, mała, bardzo silna stalowa piłka, młotek i dłuto. Potem zamiast wyjść z kopalni udał się do szachtu drabinowego. Bez lampy, z kamizelką pod pachą począł schodzić w głąb, licząc drabiny. Wiedział, że klatka natrafia na wygięcie ścian szachtu w głębokości trzystu siedemdziesięciu czterech metrów przy piątym stopniu. Odliczywszy pięćdziesiąt cztery drabiny począł macać rękami i natrafił na wydęte deski. To tutaj, pomyślał.
Z pewnością i zimną krwią wprawnego robotnika wziął się do wykonania widocznie dobrze obmyślanego planu. Wyciął w ścianie przytykającej do szybu zjazdowego kwadratowy otwór. Pracował, zapalając od czasu do czasu zapałki.
Na przestrzeni od Calais do Valenciennes natrafiono swego czasu przy biciu szachtów węglowych na niesłychane trudności, gdyż przedsiębiorcy stanęli wobec kwestii, jak przedostać się przez rozległe i głębokie warstwy jezior podziemnych, leżących pod poziomem najgłębszych dolin całej okolicy. Kwestia była bardzo trudna i po ogromnych kosztach i wysiłkach rozwiązano ją, budując specjalny rodzaj ogromnych beczek bez dna i wierzchu. Klepki tych beczek ujęte w mocne obręcze u góry i dołu izolowały szacht, klatki przechodziły środkiem, a o ściany tłukły fale czarnych wód nie widzących nigdy słońca. W Voreux musiano zamykać wodę w dwu poziomach. W górnym poziomie szacht przechodził przez warstwy kruchego piaskowca, białej gliny i kredowatego, gąbczastego i wodą przesiąkłego marglu. W drugim poziomie wodnym, leżącym tuż ponad złożami węgla natrafiono na lotny, miałki jak mąka piasek, który lał się jak woda przez najdrobniejsze szczeliny. Była to tak zwana przez górników kurzawka i na jej pokładzie rozlewała się toń na trzysta metrów głęboka ukrytego pod powierzchnią ziemi morza. Był to postrach kopalń północy, ocean niezbadany, poruszany do głębi burzami i kataklizmami, a choć ściany oszalowań beczkowych wytrzymywały wielkie ciśnienie, ciągle bano się ruchu terenów przyległych, wstrząsanych zapadaniami się starych, opuszczonych chodników. Przy takich bowiem okazjach skały pękały, a tworzące się szczeliny wydłużały się, dochodząc aż do ścian szachtu poniżej beczkowania. Ciągle wobec tego istniało niebezpieczeństwo równocześnie zapadnięcia się i zalania kopalni, groza lawiny kurzawki i wewnętrznego potopu.
Souvarine usiadł w wyciętym otworze jak na koniu i rękami obmacawszy ściany skonstatował, że klepki beczkowania wypchnięte zostały z obręczy ciśnieniem i wygięły się do wewnątrz. Wiele z nich wyszło już z oprawy, a szparami, poprzez zalane smołą uszczelnienia, tryskały fontanny wody. Cieśle, mając mało czasu, poprzestali na przyśrubowaniu biegnących dokoła obręczy, które trzymać miały klepki, ale i tę pracę wykonali tak niedbale, że nie wszędzie nawet powkręcali śruby. Prócz tego ściany drżały od gwałtownego ruchu kurzawki miotanej falami wzburzonego morza.
Dłutem Souvarine odkręcił nieliczne śruby trzymające obręcze, tak że pierwsze uderzenie klatki musiało je strącić w głąb. Była to czynność niebezpieczna. Za każdym ruchem narażał się na upadek w głębokość dwustu blisko metrów. Pracując, trzymać się musiał jedną ręką dębowych poprzecznic i bierwion rusztowania, wzdłuż którego suwały się klatki. Siadał na poprzecznicach, posuwając się od ściany do ściany, obracał się wsparty często jedynie na łokciu lub kolanie i wisząc ponad otchłanią pracował dalej. Trzy razy pośliznął się na mokrym drzewie i, spadając już, chwytał się czegoś zawsze, nie drgnąwszy nawet ze strachu. Pracował po omacku i świecąc zapałki tylko wówczas, gdy tracił orientację. Poodkręcawszy śruby, zabrał się do samego drzewa ścian beczkowych. Wymacał rygiel, którym przyparte były deski wzajem do siebie, świdrował w nim, krajał go, podważał tak, by najlżejsze uderzenie musiało go złamać. W miarę, jak pracował, woda zalewała go coraz to silniej, zapałki zamokły i otoczyły go nieprzebite ciemności.
Wówczas porwała go wściekłość. Tchnienie głębi, strach czający się w czarnej przepaści rozżarzyły jego żądzę niszczycielską. Na oślep chwytał teraz klepki, tłukł w nie młotem, świdrował, krajał, nie licząc się z tym, że mogą załamać się na jego własną głowę, owszem pragnąc tego. Zdawało mu się, że wbija swe narzędzia w żywe ciało olbrzymiego, znienawidzonego potwora. Tak, zabije nareszcie, zarżnie ową złą stworę, ową Voreux, w której rozwartej paszczy zginęło już tylu ludzi. Piła i dłuto gryzły wnętrzności wroga, a Souvarine, cudem trzymając się na oślizgłych, wąskich belkach, posuwał się w tył i naprzód, w dół i w górę, jak ptak trzepoczący się wśród rusztowania starej dzwonnicy.
Ale po chwili uczuł niezadowolenie z siebie. Czemuż się złościł, czyż nie mógł robić tego wszystkiego spokojnie? Odpocząwszy, wlazł w otwór wycięty w ścianie szachtu drabinowego i wsadził weń wydęty kawałek deski. Dość tego, pomyślał, nie chciał bowiem zbyt wielkim uszkodzeniem zwrócić na nadwyrężony punkt uwagi. Może naprawiono by to przed rozpoczęciem zjazdu, a wówczas praca byłaby daremna. Zwierzę miało teraz ranę w brzuchu, pokaże się, czy dożyje wieczora. A zostawił tam swój podpis. Po śladach dłuta pozna przerażony świat, że potwór nie zdechł śmiercią naturalną. Bez pośpiechu zawinął narzędzia na powrót w kamizelkę i pomału wydostał się na wierzch. Gdy nie widziany przez nikogo wyszedł z kopalni, nie przyszło mu nawet na myśl przebrać się. Wybiła właśnie trzecia, stanął na drodze i czekał. O tejże samej godzinie zwrócił uwagę Stefana, który nie spał, szmer lekki. Nastawił uszu, ale posłyszał jedynie oddechy malców, Bonnemorta, Maheudy i chrapanie Jeanlina. Pewnie mi się przyśniło, pomyślał i okrył się kołdrą. Ale w tejże samej chwili szmer się ponowił. Było to jakby skrzyp siennika i ostrożne ruchy kogoś, kto wstaje. Myślał, że Katarzynie zrobiło się niedobrze.
— Czy to ty? — spytał cicho.
Nikt nie odpowiedział. Przez pięć minut cicho było, potem rozległ się ten sam skrzyp. Pewny, że nie omylił się, wstał i począł szukać rękami łóżka stojącego naprzeciwko. Zdziwił się bardzo znalazłszy Katarzynę siedzącą na łóżku, rozbudzoną i jakby przyczajoną.