— O, to pan dobrodziej, pani dobrodziejka i panienka! — zawołała. — Proszę wybaczyć, sąsiadka wyszła do Requillart!
Z wielką gadatliwością poczęła rozwodzić się nad całą historią kładąc ciągle nacisk na to, że wzięła do siebie Lenorę i Henrysia, gdyż trzeba sobie wzajem pomagać. Dostrzegła pakiety i sprowadziła opowiadanie na swą córkę, na własną nędzę. Wreszcie rzekła z wahaniem.
— Mam klucz. Jeśli wielmożni Państwo chcą wejść... dziadek jest w domu.
Spojrzeli zdumieni. Jak to, jest w domu i nie odezwał się, gdy pukali. Gdy Levaque otwarła drzwi, stanęli osłupiali w progu.
Przy ostygłym dawno kominie siedział na krześle Bonnemort, z oczami bezmyślnie wlepionymi w przestrzeń. Izba bez zegara i szaf wydała się teraz jeszcze większa. Nie było tu nic prócz krzesła Bonnemorta i portretu cesarza i cesarzowej uśmiechających się ze ściany głupkowato. Starzec nie ruszył się na widok ludzi, nie widział ich pewnie wcale. Siedział, a u nóg jego stała miseczka z popiołem, w którą spluwał od czasu do czasu.
— Nie zważajcie na niego, Wielmożni Państwo! — mówiła uprzejmie Levaque. — Musiało mu się coś popsuć w głowie, bo od dwu tygodni nie mówi.
Bonnemortem wstrząsnął głęboki, gdzieś z brzucha idący kaszel. Splunął w miseczkę i zapadł w poprzednią nieruchomość.
Wzruszeni do żywego i pełni odrazy, Gregoire’owie szukali jednak jakiegoś przychylnego słowa.
— No, mój poczciwcze! — rzekł pan Gregoire — musiałeś się przeziębić!
Starzec ni drgnął. Nastała przykra cisza.