— Powinna by wam Maheude zgotować ziółek! — dodała pani Gregoire.

Znowu cisza.

— Wiesz, ojczulku — odezwała się Cecylka — mówiono nam, że jest chory. Zapomnieliśmy o tym...

Urwała zmieszana. Postawiwszy na stole talerz z kawałkiem pieczonego mięsa i dwie flaszki wina, wyjęła z drugiego pakietu parę wielkich trzewików. Był to prezent dla starca, ale nie śmiała go wręczyć, widząc opuchłe nogi biedaka. Pewnie nie będzie już mógł chodzić.

— Ha... — podjął znów pan Gregoire jowialnie — trochę spóźniony prezent, prawda, mój stary? Ale to nic... to się zawsze przyda w domu... co?

Bonnemort nie drgnął, na kamiennej jego twarzy nie było żadnego wyrazu.

Cecylka postawiła trzewiki pod ścianą, ale mimo że uczyniła to ostrożnie, gwoździe stuknęły głośno o podłogę i trzewiki dalej wprawiały Gregoire’ów w zakłopotanie.

— O, on za to nie podziękuje — rzekła Levaque łakomie patrząc na trzewiki — to stracony trud.

Poczęła mówić i usiłowała ściągnąć Gregoire’ów do swego mieszkania w nadziei pobudzenia ich do litości. Nagle wpadł jej pomysł. Poczęła wysławiać grzeczność i inteligencję Lenory i Henrysia. Ach, co to za dzieci! Odpowiadają na wszelkie pytania i dadzą wszelkie wyjaśnienia.

— Chcesz wstąpić na chwilkę, moje dziecko? — spytał pan Gregoire córki, rad wyjść stąd jak najprędzej.