By wyjść, musieli się zanurzyć po szyję w wodzie, potem poczęli się znowu wspinać w górę kominem wyłożonym drzewem. Zrazu chcieli uwiązać się na linie, na której zwisał jeden wózek, ale nie uczynili tego z obawy, że ściągnie drugi z góry i zginą od uderzenia. Zrezygnowawszy więc z pomocy, wspinali się, raniąc sobie palce na belkach. Stefan szedł z tyłu i podtrzymywał Katarzynę głową, ile razy ręce odmawiały jej posłuszeństwa. Ale po jakimś czasie trafili na drzazgę belki zamykającą przejście. Ziemia w tym miejscu ustąpiła ciśnieniu, droga była zamknięta. Szczęściem, właśnie do tego miejsca przypierał poziomy chodnik boczny i zaraz też dostali się do niego.

Zdziwili się, ujrzawszy nagle światło. Jakiś człowiek krzyknął ze złością:

— A co... jak widzę... więcej jest jeszcze na świecie durniów podobnych do mnie!

Był to Chaval, któremu rumowisko zamknęło drogę, tak że musiał się tu wrócić. Dwaj chłopcy, którzy poszli za nim, zostali po drodze ze zgniecionymi czaszkami, a Chaval ranny w łokieć miał jednak odwagę podpełznąć do nich, przeszukać im kieszenie i zabrać lampy. Ledwie to skończył, powała runęła i galeria za jego plecami zamknęła się.

Zaraz poprzysiągł sobie nie dzielić się zapasami z tymi nowymi przybyszami. Prędzej dałby się zabić, niż to miałby uczynić. Potem poznał przybyłych i zjadliwy uśmiech zjawił się na jego ustach.

— A, to ty Katarzyno! — zawołał. — Więc masz już dosyć swobody i wracasz do swego męża! Dobrze, dobrze, potańczymy sobie razem.

Udawał, że nie widzi Stefana, który zmartwiony spotkaniem osłaniał tulącą się doń dziewczynę. W końcu musiał się jednak pogodzić z sytuacją i spytał Chavala spokojnie, jakby się rozstali przed chwilą w najlepszej zgodzie.

— Nie wiesz, czy nie można by przejść dołem przez sztolnie?

Chaval drwił:

— Ach, przez sztolnie! Zapadły się, a my siedzimy w pułapce, pomiędzy dwoma murami... Mimo to, jeśli jesteś dobry nurek, spróbuj... I owszem...