W istocie woda podnosiła się coraz wyżej, słychać było jej plusk, odwrót był odcięty. Chaval miał słuszność, siedzieli w pułapce, na końcu galerii zamkniętej z przodu i z tyłu obsuniętymi skałami. Nie było stąd wyjścia.

— Widzę, żeś się namyślił zostać! — ciągnął Chaval dalej drwiąco. — I jest to zupełnie rozsądna myśl. Siedź tylko cicho, ja zapewne cię nie zaczepię. Wystarczy tu miejsca na dwu, zresztą wnet pokaże się, który z nas zdechnie, bo o pomocy, zdaje mi się, nie ma mowy.

Stefan odezwał się znowu:

— Może by pukać... sądzę, że mogliby usłyszeć.

— Już się zmęczyłem pukaniem... ale spróbuj... ot tam jest kamień!

Stefan, podniósł odłupany już przez Chavala kawałek piaskowca i począł w głębi galerii pukać sygnał górniczy, używany w razie niebezpieczeństwa. Potem przywarłszy uchem do ściany nadsłuchiwał. Próbował ze dwadzieścia razy, ale zawsze nadaremnie.

Chaval tymczasem udawał, że z zimną krwią urządza się w nowym mieszkaniu, ustawił swe trzy lampy pod ścianą i zostawił tylko jedną zapaloną, dwie bowiem musiały służyć na potem, później ułożył na belce dwa bochenki chleba. Był to jego bufet, z którego czerpiąc oszczędnie, mógł liczyć na przetrzymanie dwu dni bez zbytniego głodu. Obrócił się do Katarzyny i rzekł:

— Rozumie się, gdyby ci się bardzo jeść chciało, to powiedz... połowa jest twoja.

Milczała. Nieszczęście jej doszło dopiero teraz do ostatnich granic. Znowu byli obok niej obaj.

Poczęło się straszne życie we troje. Siedząc niedaleko siebie na ziemi, nie przemówili długo ni słowa, tylko na gest jednego, drugi zgasił swą lampę, słychać było jedynie plusk wody i grzmoty oddalone zwiastowały zapadanie się ostatnich chodników kopalni. Katarzyna, zaniepokojona spojrzeniami Chavala, położyła się przy Stefanie. Zafrasowali się tylko, gdy trzeba było otworzyć lampę, by zapalić drugą. Ale cóż to szkodzi, lepiej zginąć od razu, pomyśleli i otwarli. Nic się nie stało, nie było gazów. Położyli się znowu i leżeli przez parę godzin.