Minął znowu dzień, Chaval siadł obok Katarzyny i podzielił się z nią resztką chleba. Żuła go powoli, a Chaval za każdy kęs kazał sobie płacić jakąś czułością, opanowany żądzą posiadania jej tu, w oczach tamtego. Nie broniła się wyczerpana, ale gdy Chaval chciał ją posiąść, jęknęła:

— Puść, gnieciesz mnie!

Stefan, który się odwrócił do ściany, by nie widzieć, zerwał się na równe nogi.

— Puść ją, do stu tysięcy!...

— Cóż cię to obchodzi? — spytał Chaval. — Ona jest moją żoną i basta!

I znowu tulił ją do siebie, wyzywająco przyciskał wąsy do jej ust.

— Proszę cię, wynoś się! — mówił do Stefana. — Zrób nam tę przyjemność i patrz na ścianę, gdy będziemy oddawali się czułościom małżeńskim.

Stefan wrzasnął rozszalały z gniewu:

— Puść ją albo cię zabiję!

Chaval wstał prędko, gdyż po syczącym tonie w głosie Stefana poznał, że chce zrobić raz koniec wszystkiemu. Śmierć szła zbyt powoli, przedtem jeszcze jeden musiał ustąpić miejsca drugiemu. Był to stary spór, wytoczony tylko na nowo tu, pod ziemią, gdzie obaj niedługo spoczną obok siebie. Mało było miejsca, nie mogli nawet podnieść pięści, nie kalecząc ich o ściany i o powałę.