— Pilnuj kości! — krzyknął Chaval. — Tym razem ja ciebie położę!

Stefana opanował szał, oczy mu zaszły krwią, a piersi rozpierała żądza mordercza, fizyczna potrzeba, wyrywająca się zeń mimo woli pod parciem dziedzicznego przymusu. Chwycił ze ściany, kruchej w tym miejscu, wielki kawał łupku, obruszył go, wydarł i naraz obu rękami cisnął, a złom skalny roztrzaskał się na czaszce Chavala.

Chaval, który nie miał czasu uskoczyć, padł na twarz, mózg trysnął z jego czaszki na sklepienie, a pod ciałem utworzyła się natychmiast wielka kałuża krwi. Lampa drżącym światłem oświetlała teraz zwłoki na ziemi, podobne do bryły węgla.

Stefan pochylony naprzód patrzył na trupa. Więc stało się, zabił. W myśli stanęły mu walki, które z sobą toczył, daremne zwalczanie jadu, drzemiącego w jego organizmie, jadu alkoholu. Dziś był tylko z głodu pijany, ale dawny szał pijacki rodziców zrobił swoje. Włosy mu powstały na głowie na widok dokonanej zbrodni, ale serce wbrew wszystkiemu biło radośnie. Zaspokoiło potrzebę dawną, trawiącą. W końcu uczuwał dumę, dumę zwycięzcy. Zjawił mu się zabity przez dzieciaka mały szyldwach. Tak, i on zabił.

Ale Katarzyna wydała okrzyk przerażenia.

— Boże! Zabity!

— Żal ci go? — spytał dziko.

Bąkała coś, zachwiała się i padła mu w ramiona, wołając:

— Zabij mnie! Zabij siebie! Gińmy!

Trzymała go za szyję, a on tulił ją do siebie. Mieli nadzieję, że umrą lada chwila, ale śmierci nie śpieszyło się, puścili się z objęć, dziewczyna zakryła oczy, a on wyciągnął ciało z galerii i pchnął je na dół. Trudno byłoby żyć z trupem pod nogami. Przerazili się słysząc jego plusk w wodzie. Więc cały już komin zapełniła woda? Ach tak, ujrzeli, że wpływa do ich galerii.