— Nie, nie to!... Tam... w tym kierunku!
Przytuliła twarz do ściany. Uczynił to samo. Przez kilka sekund słuchali. Usłyszeli nagle trzy uderzenia w równych odstępach. Ale wątpili jeszcze, sądząc, że ich uszy łudzą. Może to zapadały się chodniki dalekie lub pękały złoża węgla? Zresztą, czymże pukać?
Stefan wpadł na pomysł.
— Masz saboty, zdejm i zapukaj obcasem.
Zapukali i znów nadsłuchiwali. Odpowiedziały im trzy stuknięcia w równych odstępach. Dwadzieścia razy powtarzali sygnał i dwadzieścia razy otrzymali odpowiedź. Zapłakali, uściskali się i omal przy tym nie pospadali do wody. Wreszcie pośpieszyli z pomocą towarzysze. Zapomnieli z radości o mękach czekania i głodu, jakby wybawcy potrzebowali tylko przebić palcem ścianę, by się do nich dostać.
— Ach! — zawołała Katarzyna wesoło. — Co za szczęście, żem oparła głowę!
— O, ty masz wyborny słuch! — odparł. — Ja nie dosłyszałbym!
Od tej chwili zmieniali się. Jedno zawsze nadsłuchiwało, gotowe odpowiedzieć na każde stuknięcie, drugie spoczywało tymczasem. Niedługo usłyszeli stuk kilofów, rozpoczynano przekop, śpieszono im na pomoc! Nie tracili ni jednego stuknięcia. Ale wnet posmutnieli, śmiali się jeszcze co prawda, ale jedynie dlatego, by się wzajem oszukać. Rozpacz ogarnęła ich znowu. Zbliżano się jakby od strony Requillart, zdawało się, że galerię poczęto u góry i robota postępuje skośnie w dół ku nim. Słychać było trzy kilofy. Mówili coraz mniej, myślą starając się obliczyć grubość bloku węgla dzielącego ich od kopiących. Liczyli cicho, ile dni potrzeba jeszcze... Ach, tyle dni! Pomrą niezawodnie do tego czasu! I zasmuceni odpowiadali już na sygnały bez nadziei, parci jedynie instynktowną potrzebą ruchu i świadczenia, że żyją jeszcze.
Minęły znów dwa dni, nadszedł dziesiąty dzień niewoli. Woda zatrzymała się u ich kolan, nie opadała, nie przybierała, a członki im martwiały w lodowatej kąpieli. Wyciągali nogi z wody, ale trudno je było trzymać podniesione dłużej jak godzinę, gdyż drętwiały, i musieli się poprawiać na oślizgłym siedzeniu, przy czym skała kaleczyła im plecy i głowy, już i tak obolałe od przygarbionej pozycji, w jakiej trwać musieli pod niskim sklepieniem. Powietrze psuło się coraz bardziej i gęstniało zgniecione w tym dzwonie nurkowym, w jakim się znaleźli. Oszałamiało ich i wydawało im się, że głosy ich dochodzą z dala, a w uszach huczało i tętniło, jakby pędziło ustawicznie ogromne jakieś stado lub padał gruby grad.
Zrazu Katarzynę szarpał głód, więc przyciskała do piersi chude ręce i wydawała jęki, żaląc się, iż obcęgi jakieś rozdzierają jej żołądek. Stefan cierpiał także i mącił wkoło rękami za czymś, co by mogli zjeść. Wreszcie natrafił na kawałek zbutwiałego drzewa. Rozskubał je paznokciami i dał Katarzynie, która okruchy chciwie połknęła. Dwa dni żyli tym drzewem, zjedli je do ostatniej drzazgi i czuli się nieszczęśliwi, gdy go zabrakło. Kaleczyli sobie ręce, by wydrzeć drugi kawałek, ale było mocne, oparło się. Gdy bóle znów się pojawiły, ułagodzili je pasem skórzanym Stefana. Stefan pogryzł go na kawałki, które potem ona żuła i łykała. Zajęło to przynajmniej ich szczęki i dało wrażenie jedzenia. Zjadłszy pas, poczęli ssać płótno ubrania.