Ale niedługo zmniejszyły się ataki kurczów, zmieniły się w ciągły, tępy ból, któremu towarzyszyła szybka utrata sił. I bez wątpienia byliby już pomarli, gdyby nie obfitość wody. Pochylali się po prostu i czerpali w dłoń, co powtarzali ciągle, nie mogąc ugasić straszliwego pragnienia.

Siódmego dnia Katarzyna, wyciągnąwszy rękę po wodę, trąciła o jakiś przedmiot.

— Pomacaj no to — rzekła — cóż to być może?

Stefan szukał w ciemności.

— Nie wiem, może płótno od wentylatora.

Napiła się, ale gdy sięgnęła po raz drugi trafiła na ów przedmiot. Wydała okrzyk strachu.

— To on... Boże!

— Kto?

— Ach, on! Wiesz przede! Uczułam jego wąsy na ręce.

Były to zwłoki Chavala, przypłynęły aż tu do nich z prądem. Stefan uczuł też wąsy, rozbity nos i wstrząsnął nim dreszcz, a Katarzyna dostała mdłości i zwymiotowała wypitą wodę, zdawało jej się bowiem, że się napiła krwi. Wszystko było teraz krwią Chavala.