— Nie, nie boli! Czemuż ma boleć?

Pytanie jego zbudziło ją z marzeń. Spojrzała przerażona w ciemność i załamała ręce:

— O Boże, Boże! — łkała znów. — Jakże ciemno!

Znikły jej sprzed oczu pola, nie czuła zapachu kwiatów, nie słyszała śpiewu skowronków, ujrzała znów czarną norę, uczuła zatrute powietrze. Dołączyła się do tego zabobonna dziedziczna trwoga przed czarnym hajerem, który chodzi po kopalni i kręci karki rozpustnym dziewczętom.

— Słyszałeś? — szepnęła.

— Nie, nic nie słychać.

— Ależ tak... wiesz... on... Patrz tam! Przecięto arterię ziemi, a on mści się i zalewa wszystko krwią... Patrz, tam stoi on! Czarniejszy od nocy. O, boję się! Boję się! Weź mnie stąd!

Umilkła, ale drżała ciągle. Potem rzekła:

— Nie, to nie on... to... tamten!

— Jaki tamten?