— Ha, trudno? Oni, po tamtych... wszyscy poginęli w kopalni, teraz przyjdzie na malców kolej! Już taki los!
Zamilkła. Wózki ładowniczych nie dały jej mówić, poprzez zakurzone okna hali padać poczęło światło dzienne, a latarnie gasły i ćmiły się jedna po drugiej. Co trzy minuty zjawiała się klatka, warczały bębny, drgały liny, ludzie zjawiali się i znikali.
— Dalej marsz, cóż to za lenistwo przeklęte? — krzyknął Pierron. — Właźcież do klatki, nie skończymy inaczej do wieczora!
Maheude nie ruszyła się. Opuściła już trzy klatki i nagle, jakby zbudzona, spytała Stefana:
— Więc wyjeżdżasz?
— Tak, dziś jeszcze.
— Masz słuszność, lepiej być gdzie indziej, jeśli tylko można. Cieszy mnie, żem cię widziała... Jedź zdrów... nie mam do ciebie żalu. Choć była chwila... po tym mordzie... że chciałam cię zabić. Ale człowiek głupieje w takich razach... prawda? Potem dopiero się spostrzega, że nikt nie winien. Nie, to nie twoja wina... winien świat!
Mówiła spokojnie o umarłych, mężu, Zachariaszu, Katarzynie, tylko na wspomnienie Alziry łzy jej napełniły oczy. Stała się znów spokojną, rozsądną kobietą i sądziła sprawiedliwie. Nie przyniesie mieszczuchom szczęścia to pomordowanie tylu ludzi i spotka ich niezawodnie kara... O, niezawodnie! Nie trzeba się będzie nawet w to mieszać... żołnierze poczną do nich strzelać... jak przedtem do robotników... i będzie koniec tego wszystkiego. Uległa była jak dawniej, poddała się, a jednak w głębi jej duszy tkwiła teraz pewność, że ucisk trwać nie może wiecznie, a jeśli nie ma dobrego Boga, to powstanie Bóg zły, Bóg zemsty, i świat we krwi skąpie i oczyści.
Mówiła cicho, oglądając się podejrzliwie, a gdy zbliżył się Pierron, dodała głośno:
— Odjeżdżasz, więc powinieneś zabrać swe rzeczy. Zostały u nas twoje dwie koszule, trzy chustki do nosa i stare spodnie.