— Uciekła?

— Tak, z jednym hajerem z Pas-de-Calais. Bałam się, że mi zostawi na karku dzieci, ale dzięki Bogu zabrała oboje... Słychane to? Taka gnida, co pluje krwią i wygląda jak zmora...

Namyślała się przez chwilę, a potem ciągnęła dalej:

— Mówiono też o nas, o mnie i o tobie... wiesz co? Oto, że śpimy razem! Boże drogi, mogło się to przytrafić, od kiedy umarł mój stary, ale musiałabym być młodsza... prawda? Zadowolona jestem, że się to nie stało... żałowalibyśmy teraz oboje...

— Tak... żałowalibyśmy oboje... — powtórzył tylko.

Na tym rozmowa się urwała. Klatka czekała, wołano na nią, grożono karą, więc uścisnęła mu rękę i poszła. Patrzył za nią, jak szła z włosami wymykającymi się spod czapki, ubrana w strój niewłaściwy, deformujący kształty tej dobrej, płodnej matki. W ostatnim uścisku jej dłoni czuł to samo, czym go pożegnali towarzysze. Był to uścisk długi, cichy, jakby do widzenia w ten dzień, w którym zadrżą posady świata! Zrozumiał to, a w oczach jej wyczytał niewzruszoną wiarę w bliskość dnia tego... Do widzenia!... pomyślał... O, będzie to dzień sądu!

— Dalej, marsz, próżniaczko! — wrzeszczał Pierron.

Popychana, szturchana, usiadła wreszcie Maheude w wózku wraz z czterema górnikami, dano sygnał mięso ludzkie, klatka odczepiła się i wpadła w czeluść kopalni, zostawiając po sobie tylko drżenie rozwijającej się z szaloną szybkością liny stalowej.

Stefan zwrócił się ku wyjściu. W sortowni ujrzał siedzącą na ziemi jakąś postać ludzką, a dokoła niej wzgórza węgla. Był to Jeanlin przeznaczony do oczyszczania z grubsza węgla. Siedział, trzymając między kolanami złom węgla i obijał go młotkiem z warstwy łupku. Pokrył go tak pył węglowy, że Stefan byłby go nie poznał, gdyby malec nie podniósł w górę swej małpiej twarzy z odstającymi uszami i zielonymi oczami. Jeanlin roześmiał się, palnął młotkiem w głaz węglowy i znikł w obłoku czarnego pyłu.

Zamyślony szedł Stefan drogą, ale mimo tłoczącej jego umysł chmury myśli czuł radosne upojenie, że żyje, oddycha świeżym powietrzem i ma nad głową jasne, pogodne niebo. Słońce zajaśniało, zbudził się świat, po równi rozlało się falą światło, a ciepło przenikało coraz to bardziej wszystko, budząc dreszcz życia rozkoszny, budząc kiełki drzemiące w ziemi, każąc śpiewać ptakom, szemrać wodzie, szumieć lasom. Poczynało się życie, świat stary radował się wiosną.