Mouquet odszedł. Niebawem spotkał swego ojca, starego Mouque’a, wychodzącego z kopalni. Ojciec i syn powiedzieli sobie dobry wieczór i każdy poszedł w swą stronę, syn gościńcem ku Montsou, ojciec nad kanałem biegnącą przez pola ścieżką.

Zachariasz popychał Filomenę w tę samą stronę. Opierała się, nie chciała teraz... mówiła, że nie ma czasu. Zresztą cóż za przyjemność widywać się ciągle tylko na polu, zwłaszcza w zimie, gdy błoto, a nie ma zboża, by się w nim położyć.

— Ale nie o to idzie! — szeptał zniecierpliwiony — Mam ci coś powiedzieć.

Otoczył ją ramieniem i łagodnie prowadził w parów, a gdy znikła im z oczu kopalnia, zapytał, czy ma pieniądze.

— A to na co? — spytała.

Zmieszał się bardzo i począł opowiadać, że winien jest komuś dwa franki, a rodzinę jego doprowadziłoby do rozpaczy, gdyby prosił o pieniądze.

— Nie pleć! — zawołała — Widziałam przecież doskonale Mouqueta. Chcesz z nim iść do Wulkanu, do tych obrzydliwych śpiewaczek... no przyznaj się!

Zapierał się, bił w piersi, dawał słowo honoru. Wreszcie wzruszył na wszystko to ramionami i rzekł z ciężkim westchnieniem:

— Chodź więc z nami. Przekonasz się, że tam wesoło. I cóż bym robił ze śpiewaczkami... no pójdziesz?

— A dziecko? — odparła — Czyż można brać dziecko, ciągle wrzeszczące? Puść mnie już, czuję, że tam w domu znowu piekło.