— Ależ ja ci kupię! — zawołał.
Zarumieniła się, czując dobrze, że powinna odmówić. A jednak opanowała ją teraz właśnie żądza posiadania wstążki. Przyjęła więc pod warunkiem, że mu zwróci pieniądze. Począł żartować i powiedział, że albo pójdzie do niego na noc, albo zwróci dziesięć sous. Ale gdy namawiał, by poszli do Maigrata, nasunęła się nowa trudność.
— Nie, nie do Maigrata! Matka zakazała mi tam chodzić.
— Głupstwo, nie powiesz, gdzieś kupiła, i koniec. Maigrat ma najładniejsze wstążki w całym Montsou.
Maigrat poczerwieniał, ujrzawszy Katarzynę z Chavalem w roli dwojga kochanków kupujących podarunki ślubne i pokazywał wstążki z wściekłością człowieka, z którego sobie zadrwiono. Potem, gdy wyszli ze sklepu, śledził za nimi, póki nie znikli w zmierzchu. Właśnie zjawiła się jego żona, prosząc o jakieś wyjaśnienie. Napadł na nieboraczkę, zbeształ ją wrzeszcząc, że ta hołota nie poczuwająca się do wdzięczności popamięta sobie go i zginie z głodu, choćby leżała w prochu i lizała jego trzewiki.
Chaval szedł obok Katarzyny z rękami na piersiach skrzyżowanymi i kierował ją biodrem tylko, tak, że tego nie zauważyła. Nagle spostrzegła, że zeszli z drogi i znaleźli się na ścieżce wiodącej do Requillart. Ale nie dał jej czasu na gniewanie się, objął ją wpół i wszystkie zarzuty i wahania zbijał silnymi argumentami szeptanymi do ucha.
Jakaż głupia, że się go boi. Czyż mógłby zrobić coś złego takiemu słodkiemu maleństwu, istocie delikatnej i miękkiej jak jedwab. Pocałował ją w kark tuż za uchem, aż zadrżała na całym ciele. Dławiło ją w gardle i nie wiedziała, co mówić. Więc to prawda, kocha ją. W sobotę w nocy zgasiwszy świecę zadała sobie właśnie pytanie, co by się stało, gdyby ją tak objął. Zasnęła zaraz, ale pamiętała, że nie postanowiła wówczas powiedzieć: nie.... ogarnięta żądzą miłości. I czemuż teraz odczuwa na tę samą myśl wstręt i wyrzuty sumienia? Łaskotał ją po karku wąsami. Oczy jej się same zamknęły i nagle zjawił się przed nią ów człowiek, ów przesuwacz, którego rano zgodził ojciec do roboty.
Obejrzała się dokoła. Chaval zaprowadził ją do ruin Requillart pod szopę, której szkielet czarny przejął ją dziwnym strachem.
— O, nie, proszę cię... puść mnie!
Ogarnął ją instynktowny strach przed mężczyzną, strach, który ściąga kurczowo muskuły dziewczyny za zbliżeniem się zdobywcy-mężczyzny, wówczas nawet, gdy go kocha. Dziewictwo jej, mimo że wiedziała wszystko, wzdrygało się wobec ciosu ostatecznego, wobec bólu nieznanego, zranienia mającego nastąpić.