— Nie, nie chcę! Mówię ci, jestem jeszcze za młoda... Później, gdy dojrzeję... to dobrze... ale nie dziś!
Zamruczał głucho.
— Głupia!... Nie bój się... nic ci nie zrobię.
Przestał mówić, chwycił ją i obalił na ziemię. Padła plecami na stos leżących tam przegniłych lin. Nie broniła się i oddała mu się z pokorą odziedziczoną po przodkach, z uległością, która nakazywała niedojrzałym dziewczętom oddawać się w biały dzień na polu w zbożu. Głos jej ucichł, słychać było teraz już tylko gorący, chrapliwy oddech mężczyzny.
Stefan nadsłuchiwał nieporuszony. Jedna więcej... mniejsza z tym.
Teraz, gdy widział całą komedię, doznawał niemiłego uczucia, jakieś opanowało go zazdrosne podniecenie graniczące z wściekłością. Nie zważając na kochanków wstał i przeskoczył stos belek. Byli oni zresztą w tej chwili zbyt zajęci, by sobie z niego coś robić. Uszedł ze sto kroków i obejrzawszy się ze zdumieniem spostrzegł, że załatwili się już i idą w tę samą stronę, ku kolonii robotniczej. Mężczyzna objął znowu ramieniem kochankę, tulił ją do siebie jakby z wdzięczności, szeptał jej ciągle do ucha, a ona nagliła, śpiesząc do domu nierada, że się spóźniła.
Stefan uczuł chęć spojrzenia im w oczy. Głupia to była chętka, toteż przyśpieszył kroku, by jej nie ulec. Ale nogi same wypowiedziały mu posłuszeństwo, przystanął przy pierwszej latarni na drodze i skrył się w cieniu. Zakręciło mu się w głowie, gdy poznał Katarzynę i Chavala, i zatoczył się. Nie chciał wierzyć oczom. Więc to była Katarzyna, którą po męsku ubraną widział w kopalni? Jakże się to stało, że jej nie poznał przedtem? Tak, to była ona, nie zapomniał przecież jej zielonych, przezroczystych i głębokich jak woda oczu. Poczuł, że ogarnia go żądza zemsty a zarazem pogarda dla niej. Dziewka rozpustna!
Katarzyna i Chaval minęli go, nie widząc, że na nich patrzy.
Chaval pod latarnią pocałował ją w kark, a dziewczyna zaśmiała się nerwowo i zwolniła kroku. Stefan miał teraz drogę zamkniętą, musiał iść za nimi i patrzyć na pieszczoty, które go doprowadzały do wściekłości. Więc mówiła prawdę, dziś rano jeszcze była dziewicą, a on, osioł, nie wierzył i wahał się zrobić to, co zrobił teraz drugi. Dał sobie dziewczynę zdmuchnąć sprzed nosa, a co więcej, zrobił jeszcze to głupstwo, że zabawiał się przyglądaniem wszystkim szczegółom swej klęski. Wzbierała w nim wściekłość, ściskał pięści, chciał się rzucić na przeciwnika, a czerwone płaty latały mu przed oczyma.
Przechadzka trwała pół godziny. Kochankowie, zbliżywszy się do Voreux, zwolnili jeszcze kroku, przystawali dwa razy nad kanałem, rozmawiając i dając sobie pieszczotliwe przezwiska. Stefan musiał też zatrzymywać się z obawy, by nie być poznanym. Teraz wmawiał w siebie już tylko brutalny żal. Ma nauczkę, by drugi raz nie krępował się wobec dziewcząt! Gdy minęli Voreux, mógł już swobodnie pójść do Rasseneura na kolację, ale nie zrobił tego i poszedł dalej za nimi, aż do kolonii, czekał jeszcze z kwadrans w cieniu, aż Chaval puścił kochankę i pozwolił jej wejść do domu, i dopiero upewniwszy się, że nie są już razem, ruszył z powrotem. Szedł bez myśli, bez celu i opamiętał się aż gdzieś daleko na pół drogi do Marchiennes.