— Zresztą nie wiem, czy złapali czy nie, ale ponieważ nigdy, nic nie łapią, zatem...

— Może też właśnie dziś powiodło im się złapać... — bąknął złośliwie „cesarski”. — Obaczymy to przecie...

Już miał się La Queue odciąć polowemu z furyą, wtem ukazanie się proboszcza uspokoiło go w porę. Ksiądz Radiguet dojrzał „Wieloryba” z kościelnej platformy: i zdaje się, że barka łowi jakąś grubą sztukę. Nowina ta poruszyła żywo Coquevillaków. W kupie, zebranej na wybrzeżu, znajdowali się Mahéowie i Flocheowie, jedni zatem życzyli statkowi powrotu z połowem cudownej obfitości, podczas gdy drugim z oczu można było wyczytać, że pragną, aby przypłynął z niczem.

Margot, wyprostowana, nie odrywała od morza wzroku.

— Otóż i oni — wyrzekła nagle.

W istocie czarny punkcik ukazał się z poza cyplu.

Wszystko spojrzało w tę stronę. Rzekłbyś korek na wodzie tańczy. „Cesarski” sam jeden tylko nie mógł dojrzeć czarnej plamki. Ale bo też potrzeba było być rodem z Coqueville, aby z tej odległości być w stanie rozróżnić na morzu „Wieloryba” i tych, co nim kierowali.

— Czekajcie! — ozwała się znowu Margosia, posiadająca najlepsze oczy na całem wybrzeżu — Fouasse i Rouget wiosłują, mały stoi na przedzie...

Nazwała Delfina „małym”, aby go nie wymieniać z nazwiska. Od tej chwili poczęto bacznie śledzić bieg barki, starając się zrozumieć dziwne jej poruszenia. Jak to proboszcz powiedział, zdawała się ona istotnie łowić jakąś grubszą rybę, którą miała przed sobą. Dziwne się to wydało, bo „cesarski” utrzymywał z uporem, że morze musiało zabrać sieci „Wieloryba”. Ale La Queue zawołał, że to są leniuchy, którzy sobie umyślnie ze zbytków stroją figle. Na każdy sposób foki nie złowią z pewnością. Wszyscy Flocheowie buchnęli śmiechem na ten dowcip, podczas gdy z grupy urażonych Mahéów dały się słyszeć głosy, że Rouget jest pomimo wszystko zuchem co się zowie i że nie zawaha się, ze strachu przed byle czem, postawić na kartę swej skóry, gdy tymczasem inni wolą gnój z pod krów wyrzucać za najmniejszym podmuchem wiatru. W końcu aż proboszcz musiał się wdać między zwaśnionych, po raz wtóry już bowiem w powietrzu zapachło kłótnią.

— A to co? — zawołała naraz Margosia. — Odpływają z powrotem?...