Przestano do siebie szczerzyć zęby, oczy wszystkich zwróciły się na widnokręg. Tym razem sam nawet La Queue okazał niepokój. Nie mógł sobie wytłómaczyć tego rodzaju manewrów. Obawa, aby naprawdę nie ułowili jakiej ryby, wzburzyła go do głębi. Blizko dwie godziny stali tak już na brzegu, czekając ciągle na barkę, która to się pokazywała od czasu do czasu, to znowu nikła za skałami. Aż w końcu schowała się całkiem przed ich wzrokiem.

La Queue, ucieszony, oświadczył, że barka musiała utonąć, żywiąc w duszy istotnie to ohydne życzenie; a ponieważ Rougetowa i Brisemotte znajdowali się także pośród zebranej gromadki, spojrzał w stronę obojga drwiąco, poczem poklepał po ramieniu Tupaina, aby go naprzód pocieszyć w razie utraty brata Fouassea. Uśmiech jednakże zniknął mu zaraz z twarzy, kiedy spostrzegł Margosię, jak niema, z wyciągniętą szyją wpatrywała się wytężonym wzrokiem w dal. Oczywiście z przyczyny Delfina. Jak nie burknie na córkę:

— A ty tu co jeszcze masz do roboty? Do domu mi zaraz... Uważaj, Margot!

Ale dziewczyna ani się poruszyła z miejsca. Natomiast po niedługiej chwili:

— Ach! otóż i oni!... — zawołała.

Podniósł się okrzyk zdziwienia. Tymczasem Margot, która miała oczy wyborne, poczęła przysięgać, że nie dostrzegła w barce żywej duszy. Ani Rougeta, ani Fouassea, ani... No nikogo. „Wieloryb”, jakby opuszczony, płynął zdany na łaskę wiatru, obracając się co chwila to dzióbem, to sterem naprzód, i kołysząc się z miną leniwą. Na szczęście zerwał się wiatr zachodni, który go parł prosto na ląd, atoli w sposób dziwnie kapryśny, miotając statkiem to w prawo, to w lewo.

Teraz już całe Coqueville zebrało się na wybrzeżu. Jedni przywoływali drugich, ani jedna dziewczyna nie pozostała w domu pilnować polewki, aby nie wykipiała. Wypadek to był niesłychany, coś tak niepojętego, że przez swą nadzwyczajność mieszało w głowach szyki. Maryi, żonie Rougeta, wydało się po chwili, że powinna wybuchnąć płaczem. Tupain zdobył się zaledwie na płaczliwą minę na konto brata. Wszyscy Mahéowie byli mocno wzruszeni, podczas kiedy Flocheowie starali się przyzwoicie zachować w chwili tak poważnej. Tymczasem Margot, jak gdyby się pod nią nogi załamały, usiadła.

— Czego ty się tu plączesz jeszcze? — fuknął na córkę La Queue, ujrzawszy ją u swych nóg.

— Zmęczyłam się — odrzekła z prostotą.

I zwróciła twarz na morze, przyłożywszy dłonie do obu policzków i osłoniwszy oczy końcami palców, wpatrzona uparcie w rozkołysaną barkę, która zataczała się tam i sam na powierzchni wody, jakby stroiła figle, podpiwszy sobie trochę.