Przypuszczenia nie milkły ani na chwilę wśród gromady. A może trzej ludzie wpadli naprawdę w morze?... Tylko że wszyscy trzej naraz — wyglądało to trochę zabawnie. La Queue próbował w ludzi wmówić, że „Wieloryb” pękł po prostu jak zgniłe jaje. Wobec tego jednakże, że nie przestawał utrzymywać się na powierzchni, ludzie wzruszali ramionami na taką supozycyę. Wtem wójt, wobec prawdopodobieństwa śmierci załogi, przypomniał sobie swój urząd i zaczął prawić o dopełnieniu ewentualnych formalności.

— Dajcie-no pokój — przerwał mu strażnik. — Cóż to rybak daje się tak połknąć licho ni stąd ni zowąd?... Toż gdyby byli powpadali do wody, mały Delfin byłby już dawno tu!

Całe Coqueville przyznało tym słowom racyę, bo Delfin pływał istotnie jak śledź. Gdzież jednak w takim razie mogła się podzieć trójka?... Dały się słyszeć głosy: „Ja ci mówię, że tak.” — „A ja ci powiadam, że nie.” — „Głupiś.” — „Tyś sam głupi.” — Zaniosło się na bitkę. Proboszcz pospieszył nawoływać do zgody, polowy zaś kułakował ludzi energicznie celem przywrócenia porządku. Równocześnie barka, ani myśląc się spieszyć, pląsała dalej w oczach ludzkich. Zdawało się, jakby sobie z nich chciała kpić. A przypływ niósł ją, wprawiając od czasu w poruszenia podobne do ukłonów. Ani chybi — dostała bzika.

Margoś, z dłońmi na twarzy, nie przestawała się jej ani na chwilę przypatrywać. Wysłano z przystani naprzeciw „Wieloryba” łódź. To Brisemotte okazał się tak niecierpliwym, jakby mu zależało na przywiezieniu coprędzej pewności Rougetowej kobiecie. Od tej chwili uwaga wszystkich skupiła się na łódce Brisemotte’a. Jedni przez drugich wykrzykiwali teraz: — „A co? Dostrzegł już co?...” — „Wieloryb” zaś posuwał się stale naprzód z swą tajemniczą i figlarną miną. Nakoniec ujrzano Brisemotte’a, jak dopłynąwszy do „Wieloryba”, uchwycił się jednej z lin, dźwignął, i zajrzał w głąb barki. Wszystkim patrzącym z brzegu oddech zaparło. Wtem Brisemotte jak nie parsknie śmiechem na całe gardło!... Czegoś podobnego nie spodziewali się. Co u licha mogło go tak dyabelnie rozśmieszyć!...

— A co?... Co tam takiego?!... — poczęto nań wrzeszczeć z całych sił.

Nie odpowiadając wcale, śmiał się coraz serdeczniej. Gestykulował przytem w taki sposób, jak gdyby chciał powiedzieć: — „Ale się też zdziwicie!...” Poczem zczepiwszy „Wieloryba” z swoją łodzią, holował go ku brzegowi. Niespodziewane widowisko wprawiło chwilę później w niebywałe zdumienie Coqueville.

Na dnie barki trzej rybacy: Rouget, Delfin i Fouasse, leżeli w śnie błogim, na znak rozwaleni, chrapiąc, z zaciśniętemi pięściami, pijani jak bele. W pośrodku trójki stała mała beczułka z dnem odbitem, którą musieli napełnioną na morzu napotkać i z której się tak uraczyli; treść jej zaś musiała być bardzo smakowitą, bo z rozbitej beczułki wypito ją co do kropli, z jaki litr najwyżej wylał się na dno barki i zmięszał się tam z wodą morską.

— O! świńtuch jeden!... — wykrzyknęła Rougetowa brutalnie, przestając szlochać na widok pijanego męża.

— A co?... Piękny połów! — ozwał się La Queue, udając okropne obrzydzenie.

— Do dyabła — odparł polowy — rybak łowi, co mu się trafi. Złapali w każdym razie przynajmniej beczułkę, kiedy wasza barka i tego nie złapała.